strona główna
homekontakt

Wyprawowy Jeep Grand Cherokee

Cały ten artykuł możesz uznać za lekką prowokację, bowiem tytułowy Jeep Grand Cherokee, to z pewnością jeden z ostatnich pojazdów na liście nadających się na wyprawy. Są jednak dwa przysłowia, którymi chcę się usprawiedliwić. Pierwsze to: "z braku laku i kit dobry", a drugie: "dla chcącego nic trudnego"...

Abyś jednak nie uznał, że plotę bez sensu, pozwól że zawężę pojęcie wyprawy.

Otóż nie myślę tu o kilkumiesięcznej podróży z serii "dookoła świata" dla wybrańców, lecz o, co najwyżej, kilkunastodniowym, letnim wyjeździe na "łono natury", możliwym dla zwykłego zjadacza chleba.

Konkretniej; mam tu na myśli popularne podróże na Ukrainę, do Rumuni, Bułgarii, Albanii, Chorwacji, Czarnogóry itp. z założeniem samowystarczalności - czyli z własnym noclegiem i możliwością sporządzania posiłków.

Zacznijmy od punktu wyjścia, czyli mojego Granda. Opisałem go już kiedyś, więc zapraszam do przeczytania tamtego artykułu, abyś wiedział, co było już zrobione nim przystąpiłem do wyprawowych przygotowań: Przygotowanie Jeepa Grand Cherokee do terenu.

Niezależnie od planowanej wyprawy dorobione zostały progi.

Jest to autorska konstrukcja, którą wspawujemy w naszym warsztacie w miejsce wyciętych (najczęściej przerdzewiałych), fabrycznych progów.

oraz namiastka snorkela (zobacz: Snorkel - czy to ma sens).

Przy okazji rozwiązałem problem ciepłej wody do mycia, najprościej jak to możliwe: dobrałem 10 litrowy kanister pasujący wymiarami w miejsce fabrycznego filtra powietrza.

Wystarczy go napełnić wodą rano przed wyjazdem, aby na wieczór, po skończonej podróży, mieć prawie wrzątek, za darmo nagrzany od silnika.

Ponieważ denerwowała mnie konieczność otwierania maski ze środka samochodu, odpowiednio wyprowadziłem linkę zwalniającą zaczep.

To były drobiazgi.

Prawdziwy problem, to główna wada Jeepa jako wyprawówki - ogromne spalanie. Złośliwi twierdzą, że na włączonym silniku nie da się go zatankować do pełna, bo więcej pali niż podaje dystrybutor...

Naprawdę tak źle nie jest, ale jazda na benzynie może zrujnować. W grę więc wchodzi tylko gaz, ale w krajach, które wyżej wymieniłem nie ma tak gęstej sieci LPG jak w Polsce i trzeba się do tego przygotować.

Ponieważ zamierzałem podróżować w dwie osoby, podszedłem do tego radykalnie: w bagażniku zainstalowałem drugą butlę. Uzyskałem przez to 160 litrów pojemności, co wystarcza na pokonywanie bez tankowania dystansów około 600 km, nawet po górach.

Pierwsze zdjęcie pokazuje stan początkowy.

Dwa następne z dodatkową butlą.

Zwróć uwagę na symetryczność. Nie jest ona przypadkowa. Polecam ją każdemu, kto planuje jakiekolwiek obciążanie auta, jeśli chce, aby "dobrze się prowadziło". Równie ważne jest też umieszczanie możliwie nisko wszelkich, dużych ciężarów.

Przestrzeń między butlami, której - jak widać - nie zostało wiele, postanowiłem wykorzystać na przenośną wyciagarkę (opisaną w artykule: Jedną wyciagarką do przodu i do tyłu) i różne off-roadowe "szpeje", aby były "pod ręką" w razie utknięcia na przeszkodzie (wyciągarka z pilotem, lina kinetyczna, zblocze, opaska do drzewa, taśma przedłużająca 20 m, dwie szekle, podstawka pod hi-lift).

Wszystko solidnie umocowałem, aby nie mogło się przesunąć podczas jazdy lub wypadku.

Sklejka, która przykrywa cały ten bałagan służy do ułożenia i mocowania dwóch dużych walizek. Niestety dość marnie je widać na poniższym zdjęciu (innego nie znalazłem).

Warto poświęcić im jednak kilka zdań.

Otóż ja świadomie stosuję zwykłe walizki na ubrania i rzeczy osobiste, a nie wyprawowe skrzynie czy szuflady w tzw. "kredensie", zalecane powszechnie.

Uważam bowiem, że trzeba brać pod uwagę konieczność rozstania się (choćby chwilowego) z autem (awaria, wypadek). Wtedy skrzynie wyprawowe czy "kredens" stają się zupełnie niepraktyczne - trudno z nimi iść do hotelu, czy podróżować autobusem albo pociągiem...

Jednocześnie przywiązuję dużą wagę do porządku. Każda rzecz powinna mieć swoje miejsce i tam być zawsze odkładana. Inaczej trudno cokolwiek znaleźć i strasznie mnie to denerwuje i męczy. Osobna walizka dla każdej osoby w załodze dobrze załatwia tę sprawę. W swojej pilnuję porządku (mam tam miejsce osobno na ciuchy czyste i brudne, przybory toaletowe, obuwie), a druga mnie nie obchodzi...

Spójrz jeszcze na na powyższe zdjęcie. Na dole widać kawałek sklejki, który zapierany o butle, pełni rolę małego stolika "manewrowego" (np. do postawienia walizki, gdy chce się w niej dłużej pogrzebać).

Kawałek sznurka przywiązanego do klapy też bardzo się przydaje, choćby do przesuszenia ręcznika...

Oto co zrobiłem z kołem zapasowym, które straciło swoje miejsce w bagażniku:

Jak widać, zostało zamocowane (symetrycznie) w środku kabiny w specjalnym, łatwo rozbieralnym statywie. Wykorzystałem do niego fabryczne, gwintowane otwory i śruby, wolne po wymontowaniu tylnej kanapy. W kole dobrze mieści się apteczka i gaśnica (nie ma jej na zdjęciu).

Wolne miejsce na prawo i lewo od koła zapasowego, dostępne po otwarciu tylnych drzwi, wykorzystałem na "skrzynie wyprawowe" swojej produkcji.

Mam w tej materii też swoje przemyślenia i doświadczenia.

W skrzyniach trzymam wszystko, co jest potrzebne do sporządzania i spożywania posiłków. W jednej (ze styropianową "lodówką") "żarcie", a w drugiej "gary" (kuchenkę, naczynia, sztućce itp).

Zadbałem oczywiście o umocowanie skrzyń i o to, aby łatwo je było otwierać, ale - przede wszystkim - wyjmować, bowiem najwygodniej jest na raz przenieść wszystko w miejsce sporządzania posiłków i jedzenia, a nie latać tam i z powrotem do samochodu.

Można by, co prawda, sporządzać posiłki blisko samochodu, ale traciłoby się zwykle najfajniejszy moment integracji na wyprawach. Super jest jak wszyscy wynoszą na środek obozowiska krzesełka, stoliki oraz całe zaopatrzenie, a następnie gadając i popijając coś razem pitraszą, a potem to pałaszują... Dumny jestem wtedy, że mam wszystko pod ręką, w swoich skrzyniach...

W porównaniu do dostępnych na rynku "skrzyń wyprawowych", zrobiłem je za grosze; aluminiowy kątownik, sklejka 5 mm, kawałek zawiasu listwowego oraz uszy z tkaniny... Otwierane wieko, dzieki "automatycznej" nóżce, jest od razu stolikiem, do którego w jednej skrzyni mam umocowaną kuchenkę gazową. Do dna oraz ścianek od wewnątrz przymocowane są gumki, pod które wciska się talerze, sztućce, słoiki itp., aby nie brzęczały podczas jazdy.

Zaobserwowałem jeszcze jedną zaletę moich skrzyń: prawdopodobnie chemia w sklejce odstrasza owady.

Kiedyś pozostawilśmy z kolegą swoje skrzynie na ziemi na noc. W jego (metalowych) rano było pełno mrówek i musiał wyrzucić większość produktów spożywczych.

Do moich nic nie wlazło. Oczywiście budzi to obawę, czy smród sklejki nie szkodzi ludziom, ale przecież nie pakuję tam produktów bez ich indywidualnych opakowań...

Wróćmy jeszcze do mocowania skrzyń. Okazało się, że aby dobrze je wykonać, konieczne było dorobienie podstawek (także ze sklejki). Widać je poniżej. Powstały pod nimi praktyczne schowki na przewody rozruchowe, klucze, taśmy, trytytki itp.

Zupełnie przypadkiem okazało się, że między koło zapasowe, a butle dobrze pasują stolik i dwa krzesełka, które dla pewności mocuję gumą.

Przestrzeń między między skrzyniami a oparciami przednich siedzeń wykorzystuję na wodę.

Do picia kupuję w supermarkecie dwie 5 litrowe butle (starcza na kilka dni), a do mycia wożę 10 litrów w kanistrze z zaworem (nabieram ją ze strumieni, jezior, rzek, studni itp.). Przed użyciem mieszam ją zwykle z gorącą, wyjętą spod maski).

Resztę wolnego miejsca wokół skrzyń pozostawiam na "kontrolowany bałagan" (coś położonego "na chwilę": bieżące zakupy, napój do picia w podróży, kanapki itp.).

Przejdźmy teraz do przodu kabiny.

Niestety Grand ma tylko dwa małe schowki: w "podłokietniku" i w "desce", naprzeciw siedzenia pasażera.

W pierwszym trzymam "elektronikę": aparat fotograficzny, wszelkie ładowarki (do aparatu i telefonów), czołówki, kilka baterii, rezerwowe urządzenie do nawigacji GPS oraz wielce przydatnego multitoola.

Na pokrywie tego schowka zamocowane mam radio CB.

W drugim swoje święte miejsce mają papier toaletowy, chusteczki higieniczne oraz papierowe mapy.

W szparze między siedzeniem kierowcy a progiem trzymam siekierę, a po drugiej stronie auta, symetrycznie - maczetę.

Między siedzeniem pasażera a podłokietnikiem mam zamocowaną przetwornicę dającą "domowe" napięcie 230 V.

Służy ona do obsługi wszelkich wspomnianych wyżej ładowarek oraz do zasilania mojego "centrum dowodzenia", czyli "pancernego" laptopa Panasonic CF28. Używam go, przede wszystkim, do nawigacji w oparciu o program OziExplorer, ale również do przegrywania zdjęć, filmów, a nawet do korzystania z Internetu.

Jak widać na poniższych zdjęciach komputer zamocowany jest na obrotowym statywie, który umożliwia korzystanie z niego zarówno przez pilota, jak i kierowcy, kiedy np. pilot śpi (mam wyjątkowo sennego pilota - czym większe wertepy, tym szybciej zasypia...).

Bystre oko zauważy na powyższym zdjęciu sterownik od ogrzewania postojowego Webasto, ale na letnich wyprawach nie korzystam z niego, bo śpię w namiocie dachowym. Jego konstrukcje opisałem już w osobnym artykule i zapraszam do jego przeczytania: Namiot dachowy niemal doskonały.

Namiot wymagał bagażnika. Zrobiłem więc możliwie najlżejszą i najtańszą konstrukcję mocowaną w miejsce fabrycznych relingów.

Przy okazji zadbałem o miejsce na hi-lift i łopatę, bez których nigdy nie wyjeżdżam w teren.

Widać je na poniższym zdjęciu, zrobionym już podczas wyprawy do Rumunii w 2012 roku.

Na koniec dodam, że wszystkie zaprezentowane rozwiązania doskonale sprawdziły się w praktyce nie tylko w Rumunii.

W wakacje 2012 roku odbyłem Jeepem jeszcze dwie wyprawy (na Pojezierze Drawskie i na Suwalszczyznę), w czasie których był moim wygodnym domem na kółkach przez prawie dwa miesiące. Podobnie służył mi na zagranicznych i krajowych wyprawach w 2013 roku.

Zapraszam do zadawania pytań i komentarzy.

Wojciech Bednarczyk
e-mail: w.bednarczyk@polskioffroad.com, tel. 607 447436

 

 

Copyright © Polski Offroad Sp. z o.o.