kontakt

Sprawozdanie z imprezy

Wakacyjna Włóczęga 2005

Polesie, 25 lipca - 7 sierpnia 2005

Wakacyjne wyprawy off-road to już tradycja naszej paczki. Ci, którzy zaznali ich smaku, czekają na nie z utęsknieniem cały rok.

Tym razem postanowiliśmy spenetrować Polesie, a ściślej mówiąc obszar ograniczony od wschodu przez Bug, od północy, zachodu i południa linią przechodzącą przez Włodawę, Parczew, Ostrów Lubelski, Łęczną, Uruhusk.
Wyprawa miała charakter grupowego, koleżeńskiego wyjazdu bez podziału na organizatorów i uczestników - załogi brały udział na własną odpowiedzialność pokrywając samodzielnie wszelkie koszty. Konieczne było posiadanie przygotowanego do terenu auta (opony MT, łopaty, liny, podnośniki, trapy, kalosze, wodery itp.), CB i sprzętu biwakowego (umożliwiającego spanie przygotowywanie posiłków). Zakładaliśmy kilka godzin zmagań z nieznanym terenem każdego dnia i ograniczenie kontaktów z cywilizacją jedynie do niezbędnych zakupów.

Udział wyprawie wzięli:

1. Inna Kovalenko (Nissan Pathfinder) - 3 osoby
2. Piotr Jaros (Uaz 469) - 1 osoba
3. Wojciech Bednarczyk (Uaz 452) - 2 osoby
4. Ken'ichiro Watanuki (Suzuki Samurai) - 2 osoby
5. Marcin Chruścikowski (Nissan Navarra) - 2 osoby
6. Marek Kiera (Jeep Grand Cherokee) - 4 osoby

--------------------------------------------------------------------------------

Zbiórkę uczestników wyznaczono na parkingu pod Urzędem Gminy w Ostrowie Lubelskim o 17.00 w poniedziałek 25 lipca 2005, jednak trzy załogi (Pathfinder i dwa uazy) miały wspólnie wyruszyć z Kielc o 12.00.

Niestety plan od początku "posypał się".

"Drobne" uzupełnienia remontowanego do ostatniej chwili uaza Wojtka Bednarczyka (wymiana opon, naprawa zawieszającej się przepustnicy gaźnika) sprawiły, że grupa Kielecka wyruszyła po 16.00. Skutkowało to spóźnieniem na prom przez Wisłę w Solcu i koniecznym objazdem przez Puławy. W efekcie spotkaliśmy się z Kenem (jedyny dotarł punktualnie na miejsce zbiórki) ok. 22.00 w okolicach Puław i dalszą drogę odbywaliśmy w ciemnościach, korzystając z nawigacji GPS i programu NAWIGATOR - MAPA POLSKI.
I właśnie ten ostatni był sprawcą naszych pierwszych "off-roadowych" przygód. Trasa wyznaczona przez program "dla powolnego samochodu osobowego", okazała się na niektórych odcinkach leśną, zarośniętą ścieżką, z leżącymi w poprzek powalonymi drzewami. Wyobrażaliśmy sobie miny kierowców osobówek, którzy zaufali programowi. Ciekawe ilu tkwi aktualnie w leśnych chaszczach?.

Zmęczeni, ubłoceni ale szczęśliwi dotarliśmy nad jezioro Miejskie k. Ostrowa Lubelskiego ok. 3.00. Sił nam starczyło jeszcze na ognisko i wcale nie skromną biesiadę niemal do świtu.
Następny dzień rozpoczęliśmy od drobnej scysji z przedstawicielem miejscowych władz. Otóż ok. 8.00 pojawił się w naszym obozowisku "kasjer" powołujący się na uchwałę gminy i żądający opłaty za biwak. Zbulwersowały nas ceny (5 zł od samochodu, 5 od namiotu i po 3 zł od każdej osoby) przy jednoczesnym braku choćby najmniejszej tabliczki z informacją o opłatach. Dodam, ze wokół jeziora nie było śladu pracy jakiegokolwiek gospodarza (zaoszczędzę wszystkim opisu okolicznych krzaków...). Oczywiście nie zapłaciliśmy, wzbudzając nawet w "kasjerze" poczucie winy...

Był to drobny incydent, może nie godny opisu, ale okazał się niestety zwiastunem tego, co czekało nas w najbliższych dniach.
Otóż generalnie całe Polesie okazało się skomercjalizowane daleko poza granice przyzwoitości. Wszędzie wokół jezior są prywatne posesje i tylko wąskie ścieżki do wody... Paskudne (zaniedbane) i drogie pola namiotowe, a dookoła zakazy wjazdu... Tłok jak nad Zalewem Zegrzyńskim.

Czarę goryczy przepełniał całkowity brak błota. Nasz "off-road" polegał jedynie na przedzieraniu się przez krzaki... Tęskno nam było coraz bardziej za znaną z poprzednich wypraw Suwalszczyzną czy choćby Mazurami, gdzie jeszcze udaje się znaleźć dziką przyrodę na odludziu...

Zdecydowanie miłym elementem naszej wyprawy było spotkanie z przedstawicielami miejscowego off-roadu. ZBOWID i Rafał (dzięki im bardzo!) zaopiekowali się nami z ogromnym zaangażowaniem i nawet pokazali odrobinę błota, choć polecali przenieść się w okolice Janowa Lubelskiego i Biłgoraja.

Chcieliśmy posłuchać ich od razu, ale przeszkodziła nam niefortunna przygoda Inny, której wskutek upadku w lesie, brudny kawałek patyka wbił się w nogę, odłamał w głębokiej ranie wzdłuż kości goleniowej i utknął na dobre. Dodam, że Inna jest chirurgiem i naprawdę "twardym" zawodnikiem (w ubiegłym roku podczas wyprawy sama, kombinerkami usunęła sobie złamanego zęba), ale z tą raną nie była w stanie sobie poradzić (za krótkie ręce albo nogi za długie).

Zamiast poszukiwań błota, rozpoczęła się więc nasza szpitalna przygoda. Najpierw szpital w Parczewie, potem w Świdniku i w Zamościu. Nie będę się rozpisywał, ale dopiero ten ostatni (znajomi lekarze Inny) okazał się godny swej nazwy (pozostałe w interesie pacjentów należałoby zamknąć). Gdyby nie wiedza i "czujność" Inny, pewnie byłaby już bez nogi...

Gdy Inna "walczyła" w szpitalach (opiekował się nią Michał), reszta wyprawy "przeczekiwała" w ich okolicy. Zaliczyliśmy nocleg nad jakimś brudnym bajorem pod Lublinem, a potem w okolicach Łęcznej. Ładnie, ale tłoczno było nad jeziorem Piaski, gdzie skorzystaliśmy z gościny w leśniczówce (dziękujemy pani Leśniczynie!). Wspaniała, upalna pogoda (temperatura przekraczała 34 stopnie w cieniu) sprzyjała "byczeniu się" na wodą. Piotr, Grzesiek i młody Michał wieczorami wyruszali na podbój serc niewieścich do pobliskich dyskotek i knajp. Nie chwalili się zbytnio wynikami łowów. Piotr jedynie stwierdził, że jego "nowa bryka" (uaz 469) niewątpliwie przyciąga płeć piękną.

Gdy Inna nadawała się do dalszej jazdy (a raczej sama uznała, że się nadaje) wyruszyliśmy w stronę Lasów Janowskich. Droga prowadziła przez Roztocze Zachodnie, gdzie trafiliśmy na pierwsze off-roadowe wyzwanie - wspaniałe błotne wąwozy. Niestety znów odezwał się pech, który zabrał się w tym roku z naszą wyprawą. W moim uazie poluzowały się nakrętki na cybantach (trzeba sprawdzać!) i przesunął się przedni most, trąc o nadkole. Jechać się dało, ale nici z zabawy...

Po ciemku dotarliśmy do Mamotek Dolnych, gdzie nad rzeką Bukowa przeżyliśmy ostrą, nocną burzę. Jak się dowiedzieliśmy następnego dnia, burza ta w niedalekiej okolicy zniszczyła osiem gospodarstw. Nam się nic nie stało, ale wrażenie jaką marna istotą jest człowiek (podczas burzy pod namiotem) pozostanie w pamięci na jakiś czas...

Po naprawie uaza na chłopskim podwórku, kluczami od ciągnika (zawsze to mi się podobało w tych samochodach) ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu prawdziwego błota. Niestety nasze samodzielne wysiłki nie dawały nam satysfakcji. Dopiero kontakt z miejscowymi "off-roadowcami" (wypatrzyliśmy uaza na podwórku w Janowie) zaowocował. Koledzy z Zofianki (dzięki Wam bardzo!) pokazali nam trasę Janów Lubelski - Biłgoraj, której pokonanie było prawdziwym wyzwaniem.

Ale pech nas nie opuszczał - ukręcił się przegub w Pathfinderze. Dla mnie, byłby to koniec wyprawy - marny powrót do domu, ale Michałowi wystarczyło jedno przedpołudnie na zakup w Sandomierzu nowej części i wymianę (w lesie).

Niestety pech nie dał za wygraną. Michał "zaliczył" jeszcze ukręcenie świecy podczas próby jej wymiany, ale i z tym sobie poradził chytrą sztuczką z wbijaniem w resztkę świecy odpowiedniego klucza i delikatnym wykręceniem...

Mogliśmy bawić się dalej. Znudzeni trochę płaskimi Lasami Janowskimi wróciliśmy na Roztocze Zachodnie, do wąwozów, w których zabawę przerwała nam wcześniej awaria uaza.

Bez rozwagi wpakowaliśmy się w jeden z pięknych wąwozów-pułapek. Pnąc się w górę zwężał się do szerokości uniemożliwiającej jazdę i zawrócenie. Nie było też szans na jazdę na wstecznym biegu. Mieliśmy jedno wyjście; wciągnąć samochody na strome zbocze.
Zabawa szybko przekształciła się katorżniczą pracę. Smaczku dodawała ulewa, która zamieniła wąwóz w błotną zjeżdżalnię. Z wielkim trudem udało nam się wynieść z wąwozu namioty, rozstawić je i przyrządzić posiłek...

Po wyciągnięciu Pathfindera (trwało to 6 godzin, w ciemnościach) osłabliśmy na tyle (osłabiał nas też nieco alkohol pity profilaktycznie przeciw przeziębieniu), że walkę kontynuowaliśmy dopiero rano po ok. 5 godzinach snu.

Za dnia szło o wiele lepiej. Właściwie powyciągał nas na linie Pathfinder. Wielce też użyteczna okazała się wyciągarka elektryczna Fawora.
Kiedy auta już mogły poruszać się samodzielnie, uleciał z nas gdzieś bojowy duch (Pewnie źle mu było pod przemoczonymi ubraniami). Zgodnie postanowiliśmy ruszać w drogę powrotną, planując wizytę u Piotra w Widełkach i jazdę na terenie jego leśnictwa.

Gdy ruszyliśmy, przypomniał o sobie pech, na szczęście drobiazgami: najpierw rozszczelniona opona, a potem odkręcone koło (utrzymało się w nadkolu) w Pathfinderze.

W Widełkach plan zrealizowaliśmy: biesiada w Leśniczówce, a potem trochę jazdy podczas, której jedynie Ken przejawiał jeszcze ochotę na "offroadowy" wyczyn. Reszta wolała zbierać grzyby.

Ostatnią noc spędziliśmy na działce u Michała w Podmąchocicach.

Podsumowując, wydaje mi się, że niemal wszyscy uczestnicy byli nieco zawiedzeni wyprawą. Mnie najbardziej przeszkadzał brak naprawdę dzikich terenów, po których byłoby można pojeździć, a potem biwakować nad wodą. Znajdowaliśmy, co prawda, jakieś namiastki, ale świadomość, że 100 m dalej jest asfalt, wieś, gospodarstwo, lub kamping nieco mi dokuczała. Strasznie też brakowało mi moich psów, które podczas poprzedniej wyprawy zapewniały nam bezpieczeństwo w nocy, szczególnie, że prawie codziennie rano mieliśmy wizyty jakiś nieproszonych gości...

Podziwiałem Innę, która kolejny raz pokazała, że nie jest "miętka". Mimo cierpienia, nadawała ton naszym przygodom i dbała o wyżywienie całej wyprawy.

Jak zwykle można było liczyć na Michała i jego mechaniczne umiejętności.
Ken ciągle mnie zaskakuje wciąż nie zaspokojoną żądzą "offoadowych" przygód, a Ola cierpliwością do tego.

Grzesiek powinien mieć auto, bo jako pasażer nudzi się bardzo, a Leśniczy na następne wyprawy musi koniecznie zabierać jakąś kobitkę, aby nie ciągnęło go do knajp i dyskotek i nie deprawował Młodego.

Marysię i Marcina trzeba mocniej zabezpieczać przed owadami, bo zdarzało się, że coś ich ugryzło...

Mam nadzieję, że Marek i jego załoga wyszli już z podróżniczego amoku (i samochodu) i odnajdą przyjemność z jazdy na normalnych dystansach...

A ja? To najtrudniej napisać... Czuję, że się starzeję i dziczeję. Starość objawia się np. tym, że coraz mniej bawi mnie pokonywanie błotnej dziury, kiedy wiem, że obok jest normalna droga. Dziczenie, to narastająca tęsknota za prawdziwym odludziem, którego pewnie w Polsce już nie znajdę...

Wojciech Bednarczyk

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć.