kontakt

Sprawozdanie z imprezy

WYPRAWA DO MAROKA

grudzień 2009/styczeń 2010

MAROKO - POWITANIE Z AFRYKĄ.

Kiedy w rozmowach ze znajomymi mówiliśmy, że wybieramy się do Maroka na urlop świąteczno-sylwestrowy, reakcja była dość obojętna, gdy kontynuowaliśmy, że zamierzamy nocować w namiotach, a dotrzeć tam chcemy autem terenowym, by się promem przeprawić z Algeciras do Ceuty, oczy rozmówcy rozszerzały się, a na koniec padało określenie „samobójcy”! Cóż, dość specyficzne określenie przygody jaką mieliśmy zamiar przeżyć!

Ceuta już Afryka, ale jeszcze Hiszpania, przejście graniczne z Marokiem, dla nas - przyzwyczajonych do luksusu przekraczania niewidzialnych granic strefy Szengen - zderzenie z kompletnie innym światem.

Ogromna ilość trąbiących nieustannie aut, przejeżdżających z jednego pasa ruchu na drugi, wręcz czyhających na jakąkolwiek lukę w sąsiedniej kolejce - o ile dało się to nazwać jakąś kolejką - do tego wszędobylscy piesi z tobołkami, zawiniątkami i naganiacze...

W miarę zbliżania się do granicy robiło się coraz ciaśniej i coraz głośniej. Odcinek 1 km pokonywaliśmy trzy godziny. Pierwsze zetknięcie z marokańską biurokracją: pieczątki, karteczki, osobno odprawa ludzi, osobno auta.

Marokańscy pogranicznicy za nic mając zniecierpliwienie, głównie swoich rodaków, w skupieniu wprowadzają z paszportów literkę po literce naszych polskich imion i nazwisk. Jeszcze nie wiemy, że od tego momentu oko „Wielkiego Brata” będzie nas śledzić...

Wyposażeni w komplet karteczek z pieczątkami, których do końca wyjazdu pod żadnym pozorem nie wolno zgubić, wjeżdżamy do Maroka. Mimo panujących już ciemności, z wielką ciekawością oglądam widoki za oknem auta. Pierwsze wrażenie? Inaczej...

Zatrzymujemy się na pierwszej stacji benzynowej, tu nasze paliwożerne maszyny mogą się nasycić olejem napędowym w cenie 2,70 zł za litr.

Korzystając z okazji, maszeruję do pobliskiej restauracji, otwartej mimo późnej pory. Ups! Sami faceci! Nie przypominam sobie, żebym gdziekolwiek i kiedykolwiek wzbudziła takie zainteresowanie - pierwsze zderzenie z muzułmańską kulturą.

Po kilku kilometrach zatrzymuje nas policyjna blokada z groźnie rozłożoną na asfalcie kolczatką. Nasz organizator, przez CB radio, uspokaja, że dla policji turyści w Maroku są jak święte krowy, a takich patroli będziemy mijać całe mnóstwo. Rzeczywiście pytają tylko skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, uśmiechają się, pozdrawiają nas.

Docieramy na miejsce noclegu na campingu. Jesteśmy w strefie śródziemnomorskiej prawie jak w Europie; trawka (jeszcze można umocować szpilki od namiotów), prysznice, toalety... Jednak do mycia zębów co bardziej zapobiegliwi zabierają wodę mineralną...

Nie miałam świadomości, że nastawianie budzenia w telefonie było czynnością zbędną. Przekonałam się o tym wczesnym świtem, gdy cały nasz obóz obudził monotonny śpiew muezzina, emitowany przez charczące głośniki...

Dziś naszym celem jest Casablanca. Czterysta kilometrów obserwacji nieznanego mi dotąd kraju. W krajobrazie dominuje roślinność śródziemnomorska (palmy), ale inna jest architektura, ludzie i ich stroje. Jedynie czterogwiazdkowe hotele przypominają te europejskie.

Dość szybko dochodzę do wniosku, że poważnym środkiem lokomocji jest ...osioł! Mijamy zjawiska, które mnie wręcz szokują; np. marokańska autostrada, jedyna w swoim rodzaju – odbywa się tu przydrożny handel, przechodzą przez nią piesi (nie, nie ma przejść dla pieszych!), na poboczu pasą się osły, jakby tego było mało, na jednym z pasów ruchu jest... co? Oczywiście, policyjna blokada! To na pewno była autostrada! I jeszcze płatna!

Jazda bez świateł po zapadnięciu zmroku to norma, na rowerze, skuterku też. Kask? Po co? Zabawnym widokiem są przeładowane ciężarówki, mieszczące się pod wiaduktami na centymetry. Dotychczas tak zmyślnie załadowane auto widziałam na reklamach pewnego koncernu, ale tamto niestety się nie mieściło...

Z uprzednio przeczytanych materiałów wiem, że Casablanca to brzmi romantycznie, ale należy być przygotowanym na wielką aglomerację. Jedno z największych afrykańskich miast. Czułam się trochę jakbyśmy wjeżdżali w paszczę smoka. Tymczasem po instruktażu jak mamy jeździć, by się nie pogubić i jak się poruszać po ulicy (po ulicy! nie na przejściu dla pieszych!) i nie dać się rozjechać, radziliśmy sobie równie dobrze jak tubylcy.

Grupa naszych pięciu aut musi jechać jak jeden pojazd, zderzak w zderzak, nie wolno tego szyku rozerwać, światło zmieniające się na czerwone, impulsywny Marokańczyk, chcący przerwać naszą kolumnę, to są bodźce, które nasi kierowcy muszą ignorować. Jeśli chcesz przejść przez ulicę, to wchodzisz na nią pewnym krokiem, bez nerwowego biegania, kierowca zwolni, zatrąbi.

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że ruch uliczny w Casablance to pewnego rodzaju atrakcja, ale raczej dla osób o mocnych nerwach! Jeździ się tu na grubość lakieru, zajeżdżanie drogi, ciągłe trąbienie to normalka, ale myliłby się ktoś sądząc, że jest to chaotyczne zjawisko, rządzi się ono jednak pewnymi zasadami. Obowiązuje prawo większego gabarytu, a ostrzeżenie klaksonem oznacza „nie wjeżdżaj przede mną!” O dziwo! W tej roztrąbionej, dzikiej rzece pojazdów nie widziałam żadnej stłuczki, nawet urwanego lusterka...

Jeśli Casablanca, to oczywiście meczet Hasana II. Taki był cel władcy, miał to być symbol Casablanki i meczet nad meczetami. Nie sposób nie trafić, drogę wskazuje zielony laser.

Meczet jest ogromny. Z dala nie wydaje się taki wielki, w miarę zbliżania to wrażenie diametralnie się zmienia. Marmury, mozaiki, misternie rzeźbione elementy i to wszystko wykonywane przez lata, przez tysiące robotników, finansowane przez każdą marokańską rodzinę.

Mieliśmy ogromne szczęście, że Casablancę pokazała nam para Polaków od kilku lat mieszkających w tym mieście. Dzięki temu dotarliśmy do miejsc, których turyści raczej nie mają szans zobaczyć. Taksówkami zostaliśmy zawiezieni na suk (bazar). Taksówki w Maroku też nie są zwyczajne. Są to z reguły stare Mercedesy tzw. ”beczki” jest to wersja lux, bo są jeszcze mini taxi, mniejsze czerwone autka. Normalnie taką taksówką jedzie sześć osób i oczywiście kierowca, jak to możliwe ? Cztery osoby z tyłu i dwie na przednim siedzeniu obok kierowcy. To niebezpieczne, co na to policja!? Absolutnie nic, przejeżdżaliśmy obok policjantów, tak się tu jeździ. Trochę ciężko drzwi zamknąć, ale i na to jest rada, unosiliśmy się do góry, kierowca je z zewnątrz zamykał, a my opadaliśmy. Z kolei przy wysiadaniu, rozwijaliśmy się nieomal jak mata samopompująca. Coś takiego jak pasy? Kiedyś w tym aucie były! Zresztą jak się pozapinać w pasy w tyle osób. Taksówka nie mając kompletu pasażerów po drodze zabiera kolejnych, nie ma, że jedziesz sobie sam!

Suk, na który dotarliśmy przypominał ulicę Przekątną z opowieści o Harry Potterze, bo tu handlowano akcesoriami do magii, ale sprawiało to dość makabryczne wrażenie. Można tu było kupić żywe kameleony, które bestialsko są rzucane do ognia w celu odczynienia domu z uroków.

Były tam też suszone kameleony, jaszczurki, jakieś pazury, proszki, nasiona, cebule roślin, skórki, korzenie... Już na sam widok ciarki przechodziły po plecach. Marokańczycy wierzą w różne gusła, te akcesoria służą im do rzucania klątw, odczyniania.

Dalej przeszliśmy do znanych z pocztówek widoków czyli targu z przyprawami. Kolorowe piramidki z papryki, pieprzu, curry, kardamonu, gałki muszkatołowej, pęczki liści laurowych, gwiazdki anyżu, kora cynamonowa, kostki piżma, suszone pączki róż, no i on!... – król przypraw, czerwone złoto Maroka – szafran! Istny raj dla wielbicieli smaków i zapachów. To wszystko w jednym miejscu i za niewielkie pieniądze!

Na koniec zaglądamy w rejon, gdzie handluje się mięsem. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich widoków – zwierzęce kopyta, jądra, owłosione głowy wielbłądów, połówki różnych zwierzaków, nierzadko z ogonem. Temperatura w granicach 20 stopni C (zima), bez lodówek! Pozdrowienia dla Sanepidu!

Jedziemy jeszcze do Parku Ligi Arabskiej. Tu znajduje się Cathedrale du Sacre Coeur - kościół, którego budowa trwała blisko 20 lat, a który rolę kościoła pełnił tylko 4 lata. W momencie odzyskania przez Maroko niepodległości (1956 r.) został przekształcony w szkołę, potem w teatr, a obecnie są tam wystawy. Za niewielką opłatą można wejść na jego dach i obejrzeć panoramę miasta.

Wyjeżdżając z Casablanki zatrzymujemy się przy nadmorskiej promenadzie, skąd widać Wyspę Czarów - tak ją nazywają miejscowi. W odległości ok. 200 m od brzegu, na wyspie znajduje się pałacyk, w którym mieszkają kobiety zajmujące się czarami i magią.

Na przedmieściach Casablanki, po gęstym lesie anten satelitarnych i niewybrednym stylu architektonicznym zabudowy, zorientowałam się, że są to „bidonvilles” (blaszane domy), w których rzadko jest woda, ale TV Sat zawsze. Poważny problem władz Maroka, bo młodzi mieszkańcy tych slumsów są potencjalną pożywką dla Al-Kaidy... Pomimo prób przesiedlania do normalnych domów, ludzie wracają do swych „puszek”.

Docieramy do miasta Asfi, słynącego z sardynek i fosfatów. Tu witając fajerwerkami Nowy Rok stawiamy na nogi szefa policji. Muzułmanie nie witają Nowego Roku 1 stycznia, o sztucznych ogniach nie wspominając. Polskiego zwyczaju hucznego witania Nowego Roku z fajerwerkami lepiej do Maroka nie przenosić, wizyta policji murowana i to z wysoką rangą tajniakiem. Oczywiście ze względu na b. dużą pobłażliwość wobec turystów wystarczyło, że obiecaliśmy więcej nie strzelać.

Nowy Rok spędzamy na malowniczej plaży, z pozostawionymi na brzegu niebieskimi, rybackimi łodziami. Fale oceanu przez dziury w skałach wypychały wodę tworząc efekt fontanny, a żeby widowisko było jeszcze bardziej spektakularne, rozpryskujące się drobinki wody tworzyły tęczę .
Następnego dnia zbaczamy z asfaltu i jak tylko to możliwe jedziemy drogami szutrowymi tzw. pistes, których w Maroku jest pełno, a stanowią wymarzone trasy dla off-road’owców.

Droga prowadzi cały czas jeszcze wzdłuż wybrzeża. Ocean z paletą błękitów na przemian z klifami tworzy na horyzoncie malownicze widowisko. Mijane wzgórza porośnięte są powyginanymi drzewami Arganowca. Ich korę uwielbiają kozy, a pestki są cennym surowcem do wyrobu oleju, wykorzystywanego w kuchni i do produkcji kosmetyków.

Jedziemy przez Agadir miasto znane z reklam biur podróży. Było kompletnie zniszczone w 1960 r. przez trzęsienie ziemi, dziś z dala razi bielą swych budynków.

W wielu miejscach fale oceanu wyżłobiły w piaskowcu ciekawe formy skalne. Najciekawsze są w miejscowości Legzira. Przypominają wstawione w ocean ogromne łapy tygrysa.

Na nocleg docieramy do miasteczka o wdzięcznej nazwie Sidi Ifni. Niegdyś - jak Ceuta i Melilla - było hiszpańskie, stąd 90 % domów, malowniczo rozrzuconych na wzgórzach, jest w hiszpańskim stylu - bialutkie z niebieskimi drzwiami i oknami.

Wygląd campingów diametralnie się zmienił. Teraz przeważnie stanowią spory plac ogrodzony wysokim betonowym murem (to ochrona głównie przed wiatrem) z nielicznymi palmami i o kamienistym, brunatnym podłożu. Szpilek do mocowania namiotów już nawet nie rozpakowujemy, a namioty obciążamy czym się da.

Wspominałam o oku „Wielkiego Brata”... Na każdym z campingów recepcjonista sporządza z naszych nazwisk i numerów rejestracyjnych aut listę, którą dostarcza na miejscowy posterunek policji. W nocy stróże dyskretnie krążyli wokół naszego obozowiska, wszystko było przeliczone – auta, osoby. Sądzimy, że gdzieś tam ktoś śledził przebieg naszej trasy. Maroko jest państwem policyjnym, mimo bardzo pro europejskiej polityki swojego obecnego władcy, Muhammada VI, syna Hasana II. Z uwagi na jednoczesne przyjazne nastawienie do turystów, nie jest to uciążliwe, a wręcz stanowi kolejną podróżniczą ciekawostkę.

Następnego dnia chcemy jeszcze pokręcić się po wybrzeżu, by potem kierować się już w stronę gór Antyatlasu. Najpierw zabawiliśmy się w poszukiwaczy wraku statku. Udaje się nam znaleźć nawet dwa, uznajemy, że jest to doskonała sceneria do sesji zdjęciowej.
Po przejechaniu 20 km kamienistymi szutrami docieramy na Białe Plaże, nazwa oczywiście od koloru piasku. Stąd już niedaleko do Sahary Zachodniej - rejonu, w którym jest gorąco nie tylko ze względu na klimat. To tu znajduje się wysoki na 3-4 m wał, odgradzający tereny Sahary

Zachodniej administrowane przez Maroko od strefy zarządzanej przez Front Polisario. Po stronie marokańskiej stacjonują wojska kompletnie uzbrojone i w pełnej gotowości.

Teraz naszym celem do przebycia w kilku etapach jest Merzuga - miejscowość leżąca u stóp marokańskiej części Sahary Erg Szabbi, cel prawie wszystkich motocyklistów, quadowców i kierowców aut terenowych.
Ocean zostawiamy z tyłu, jedziemy przez góry Antyatlasu, przez Tafraoute (okolice idealne do uprawiania trekkingu, można podziwiać ciekawe formy skalne). Góry Antyatlasu są majestatycznie nagie, porastają je jedynie kępy kaktusów i jakiejś suchej, kłującej rośliny. Cały ten krajobraz jest jakby okryty brunatną tkaniną. Urozmaicają go ledwie widoczne wioski, uczepione zboczy. Wygląda to tak, jakby czas od kilku wieków się zatrzymał. Wrażenie to jednak burzą sterczące na dachach i szpecące ten sielski widok, anteny satelitarne.

Mając do pokonania dziennie kilkaset kilometrów, często na postój szukaliśmy miejsc ustronnych. Kiedy wydawało się nam, że jak okiem sięgnąć żywej duszy, zatrzymywaliśmy się i przekonywaliśmy się, że byliśmy w grubym błędzie. Szczerze mówiąc nie mogliśmy się temu zjawisku nadziwić, wystarczyło zaledwie kilka minut i już mieliśmy towarzystwo, wypowiadające z monotonnością automatu jedno słowo: „les bonbons”(cukierki). Uznaliśmy to wyrastanie Marokańczyków jak spod ziemi, za swoisty fenomen. Żartowaliśmy, że chyba są schowani za kamieniami.

Od rudego krajobrazu bolą już oczy. Mijamy ludzi pracujących na małych poletkach. Prace odbywają się za pomocą prymitywnych narzędzi w rodzaju drewnianego radła, ciągniętego przez osła, czasami wielbłąda lub ręcznie za pomocą motyki.

Kierujemy się do miejscowości Ain Bin Haddu, gdzie znajduje się słynna kazba (zamek zbudowany z gliny) znana z filmowych produkcji. Ma się wrażenie, że wisi uczepiona zbocza góry. Wieżyczki, okienka, ornamenty rzeźbione w glinie... Wracam handlową alejką. Daję się skusić na wejście do kilku sklepików. Muszę przyznać, że robienie zakupów jest w Maroku zajęciem bardzo ekscytującym. Nie chwaląc się, moja znajomość francuskiego pozwoliła z procesu handlowania zrobić zabawne przeżycie.

Okoliczna kamienista pustynia była i jest plenerem dla wielu ekip filmowych, w pobliskim mieście Quarzazat znajduje się studio filmowe Atlas Studio Corporation.

Dzień obfituje w atrakcje, mijamy mnóstwo ksar (wioski z gliny) oraz kazb, niektóre przekształcone w hotele. Docieramy do wąwozu Dadis. Widoki są oszałamiające. Po drodze wijącej się w górę jak serpentyna jedziemy na taras widokowy, a po czterogodzinnym pokonywaniu górskiej pistes - z półkami skalnymi, z zakrętami pod kątem prostym, gdzie nasze auta ledwie się mieszczą, naszym oczom ukazuje się kolejny wąwóz - majestatyczny Tudra... Który ładniejszy? Dla mnie Dadis, bo bardziej malowniczy, ale warto zobaczyć obydwa.
Do „mekki off-road’owców” – Merzugi - zostało 200 km przez hamadę, co oznacza niewyobrażalny kurz, muldy i kamienie. Po siedmiu godzinach takiej jazdy (jedzie się oczywiście dynamicznie) nie dość, że (mimo zamkniętych okien) kurz jest absolutnie wszędzie i gryzie w oczy, to od wstrząsów czuje się każdą cząsteczkę swego ciała... Miałam świadomość, że jest to tylko namiastka tego co przeżywają uczestnicy rajdów typu Paryż-Dakar. Relacje telewizyjne o morderczym wysiłku uczestników nie są w stanie dotrzeć do statystycznego kanapowca. Podejrzewam, że jazdy terenowej tego dnia mieli dość nawet najbardziej zapaleni off-road’owcy.
Wszędobylski kurz o rudej barwie, będzie naszym towarzyszem przez najbliższe dni; w końcu Merzuga to miasteczko leżące na skraju pustyni - wielkiej marokańskiej piaskownicy, jak ją nazywają złośliwi. Mieszkańcy na kurz mają na swoje sposoby np. chleb w sklepie jest chowany pod koce, a turban nie jest tylko ozdobą - chroni (podobnie jak pozostałe części garderoby) od wiatru, kurzu, zimna lub palącego słońca.

Jazda czymkolwiek po wydmach, wymaga stosowania się do pewnych zasad, których lekceważenie może skończyć się fatalnie, w najlepszym razie, dla sprzętu. Niewątpliwej pikanterii dodawał fakt, że prowadziła tutaj trasa rajdu Paryż – Dakar. Nasz organizator sygnalizował nam miejsca, w których znajdowały się punkty kontrolne.

Znów miałam się okazję przekonać, dlaczego jest tak niebezpiecznie. Auto łatwo przewrócić, bo łagodna z jednej strony wydma, z drugiej zazwyczaj jest bardzo stroma. Piasek zasypuje szybko ślady poprzedzającego pojazdu, można wiec na niego zwyczajnie najechać...

Erg Szabbi, jest nieomal zatłoczona. Pasące się ze spokojem wielbłądy, namioty Berberów... Do tego jeszcze zmienne warunki atmosferyczne...

Mieliśmy okazję to zaobserwować. W porę podjęliśmy decyzję o powrocie, gdy nadeszła burza piaskowa. W kurzu i piachu unoszonymi silnym wiatrem, niczego nie było widać. Na koniec trochę pokropiło, a po chwili piękne słońce świeciło, jak gdyby nigdy nic!

Sądziliśmy, że największe wrażenia wyprawy już za nami, bo czekała nas już tylko droga powrotna. Wkrótce okazało się, że Maroko spłata nam niebywałą niespodziankę. Naszym zamiarem było przejechać skrajem Atlasu Wysokiego przez Atlas Średni, zobaczyć Meknes i Fez, a stamtąd wrócić do punktu wyjścia, czyli Ceuty.

Z Merzugi wyjeżdżaliśmy w pięknym słońcu, w temperaturze ok. 12 stopni czyli wiosennej aurze. W miarę zbliżania się do Atlasu Średniego z niepokojem zaczęliśmy zauważać, że auta nadjeżdżające z przeciwnej strony mają na dachu śnieg... W okolicach Midelt - miasta leżącego na granicy Atlasów Wysokiego i Średniego - wjeżdżamy w strefę śniegu. Termometr pokazuje 5 stopni, ale na minusie! Momentalnie wszyscy znajdują rękawiczki i czapki, z którymi rozstali się gdzieś daleko w Europie.

W mieście dowiadujemy się od spotkanych, uwięzionych przez zimę, dwóch kanadyjskich turystów, że dalej przejazdu nie ma. Droga na Meknes jest zamknięta.

Postanawiamy improwizować. Kanadyjczycy zabierają się z nami. Jedziemy wąwozem rzeki Muluja, która w tych warunkach płynie groźnie wezbranym nurtem. Jeden z przejeżdżanych mostów budzi nasze wątpliwości, najpierw dość wnikliwie go sprawdzamy, potem na wszelki wypadek pasażerowie każdego z aut przechodzą go na piechotę, a samochody przejeżdżają pojedynczo. Ktoś wpada na pomysł i dedykuje przez CB, naszym kanadyjskim gościom „Highway to hell”, bo rzeczywiście mijamy w ciemności koszmarnie wyglądające ruiny opuszczonych przed trzydziestu laty kopalni ołowiu i srebra.

Po kilkugodzinnej jeździe przez kompletne pustkowie wyjeżdżamy wreszcie na rogatki miasta Majsur. Przed wjazdem napotykamy przy barierce zagradzającej drogę samotnego, przemarzniętego policjanta, który patrzy na nas jakby, co najmniej, kosmitów zobaczył. Okazuje się, że jest zdziwiony, ponieważ droga od rana jest zamknięta. Od wjazdu z bezdroży na zaśnieżoną (ale jednak) drogę, dziwnym było, że jakoś nikt nie jedzie w żadnym z kierunków, ale zrzuciliśmy to na późną porę... W Maroku zima nie zaskakuje drogowców; drogi się po prostu zamyka! I tak to zima dopadła nas w Afryce, mimo, że uciekliśmy przed nią z Europy.

Nador – przyjemne nadmorskie miasto sąsiadujące z hiszpańską Melillą, o nowoczesnej zabudowie. To już koniec... Jedynym skrawkiem Maroka jaki nam jeszcze pozostał, to prom Marrakesz, marokańskich linii promowych Comarit.

Trochę szkoda, że nie zobaczymy Meknes i Fezu... Przynajmniej będzie pretekst, żeby tu wrócić, ale nie tylko po to, by zobaczyć, te, z pewnością piękne miasta. Także po to, by znów napić się w towarzystwie tubylców marokańskiej herbaty ‘berber’s whisky’ - jak żartobliwie mówią Berberowie - by zjeść tadżin i kuskus, by stwierdzić, że chyba nigdzie mandarynki nie są tak soczyste i słodkie i by znów sycić oczy pięknem marokańskich krajobrazów.

A może - skoro powitanie z Afryką było tak ekscytujące - gdzieś dalej?...  

Lucyna Dyczek

Zapraszam do obejrzenia zdjęć.

Zdjęcia Lucyny Dyczek: