kontakt

Sprawozdanie z imprezy

Zlot Karnawałowy z Finałem Rajdu Nieustającego

Krzyczki Szumne koło Nasielska (Mazowsze)
(29 - 31 stycznia 2010)

naklejka

Siarczyste mrozy i opady śniegu władające Polską od kilku tygodni sprawiły, że na nasza impreza miała zdecydowanie kameralny charakter. Oczywiście - jako organizator - czuję niedosyt, ale rozumiem wszystkich, którzy przyjazd odwołali. Warunki na drogach były rzeczywiście koszmarne. Mnie dojazd z Wołomina do bazy w Krzyczkach, z powodu śnieżnej zamieci, zajął prawie 1,5 godziny, a miałem przecież do pokonania zaledwie 50 km. Ile jechało się z Bydgoszczy, albo Elbląga bałem się pytać... i jestem pełen uznania. Mam przy tym nadzieję, że trud się opłacił i impreza się podobała. Ale po kolei.

Rozpoczęliśmy w piątek od sympatycznej biesiady, w której niewątpliwym bohaterem był Piotr Czarnecki.

Powody były co najmniej dwa. Pierwszy - to wyśmienita nalewka, którą częstował, a drugi - to piękna prezentacja naszej wyprawy do USA, planowanej na przełomie maja i czerwca 2010 roku. Myślę, że jego opowiadanie i zdjęcia poruszyły wyobraźnię i pragnienie uczestnictwa w tej, z pewnością, wyjątkowej wyprawie. Podobać się chyba mogło nawet bez nalewki...

Na sobotę zaplanowana była terenowa rywalizacja w trzech częściach. Pierwszą była konkurencja na 18 kilometrowej pętli. Zadanie polegało na dotarciu do dwunastu charakterystycznych punktów w terenie z pomocą wydanych road-book'ów i map. Drugą miało być "zdobywanie" sześciu pieczątek, a jako trzecie sędziowane konkurencje sprawnościowe (slalom, jazda z zawiązanymi oczami itp).

Ambitny plan "posypał" się już na samym początku. Wiele załóg miało problem z dotarciem na start, jeszcze na terenie bazy. Czterdzieści centymetrów zmrożonego śniegu i fabryczne auta auta bez "liftów" nie dawały rady. Okazało się też, że nowoczesna elektronika (magiczne pokrętełka, gdzie ustawia się opcję "jazda po śniegu") bez wsparcia agresywnym bieżnikiem opony (były zwykłe "zimówki") także nie wystarcza.

Na szczęście nie zawiodły łopaty i wzajemna pomoc i w końcu wszyscy ruszyli na trasę. Nim jednak z pola widzenia zniknął mi ostatni samochód, minęło prawie 1,5 godziny, zamiast zakładanych 15 minut.

Potem górę nad pragnieniem rywalizacji wziął instynkt stadny i wyraźna oszczędność intelektu.

Mimo, że uczestnicy wyposażeni zostali w dokładne mapy, według których mogli dotrzeć do wszystkich zadanych punktów odśnieżonymi drogami, przez wsie, wszyscy twardo trzymali się road-book'ów i brnęli przez zaspy po klamki, nieuczęszczanymi dróżkami przez pola i laski. Na nic zdały się moje sugestie, aby nie stać w "korku", przejść na piechotę najtrudniejsze odcinki i "kombinować" objazdy (zadaniem uczestników było odpowiedzieć na różne pytania, np. o datę wyrytą na kapliczce itp. i nie koniecznie musieli wszędzie docierać samochodami). Raz nawet udało mi się rozpędzić "stadko", ale po 10 minutach znów wszyscy byli razem. Nagabywani przeze mnie ponownie odpowiadali, że tak jest fajnie, że się doskonale bawią i integrują. Dałem więc spokój - wszak właśnie przecież dokładnie o to mi chodzi na imprezach! Zresztą atmosfera w grupie - uśmiechy od ucha do ucha - tego wyraźnie dowodziły. Nie wysilałem się więc już, aby ostrzec przed trudnym odcinkiem. A potem nawet "przepędziłem" koparkę, która nagle pojawiła się w pobliżu i mogła nas szybko powyciągać... Jak się bawić, to się BAWIĆ, a korzystanie z koparki czy ciągnika, uważam za dyshonor dla prawdziwego off-road'era...

Tak naprawdę, to nie mogłem się powstrzymać przed małą zemstą za moją niepotrzebną - jak się okazało - pracę nad mapami i pozostałymi, zaplanowanymi konkurencjami. A tak poważniej, to chciałem, aby uczestnicy mieli co wspominać - wszak POKONALIŚMY TEREN, daliśmy radę wspólnym wysiłkiem. Nauczyliśmy się co nieco na temat jazdy po kopnym śniegu. Może odrobiny pokory i nie przeceniania własnych sił i możliwości sprzętu? To wiedza, która może okazać się kiedyś bezcenna podczas dalekiej wyprawy do dzikiego kraju... Przy okazji chyba poprawiłem też wszystkim apetyty i, niezależnie od wysiłków szefa kuchni, smak mocno opóźnionego obiadu...

Kolejny punkt programu - karnawałowa zabawa kostiumowa - zaczął się w miarę punktualnie. Nasi gospodarze, właściciele i cała ekipa Piknik Klub 44, jak w poprzednich latach, uraczyli nas wspaniałymi potrawami i stworzyli niezwykle sympatyczną atmosferę. DJ prezentował rytmiczną muzykę (śpiewając od czasu do czasu), a do tańca nikogo nie trzeba było namawiać...

O 22.00, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, ogłoszone zostały wyniki Rajdu Nieustającego 2009. Uroczystość uświetnili przedstawiciele fundatora głównej nagrody firmy 4x4 TEAM z Nowej Wsi koło Pruszkowa.

Niestety, ponieważ wszyscy uczestnicy jechali razem (a bardziej stali razem), nie dało się rozstrzygnąć bieżącej rywalizacji zlotowej. Bezsporne była jedynie sprawa pucharu fair play, który wspólnym głosem wszystkich uczestników i organizatorów przyznano i wręczono załodze Zdzisława Andrzejewskiego. Resztę odłożono na następny dzień, po dodatkowych konkurencjach.

Więcej trudu zaimprowizowanej komisji sędziowskiej sprawiło wybranie najlepiej przebranej pary. Po długich obradach specjalne dyplomy i nagrody przyznano Ewie Korgul i Czarkowi Jaroszewiczowi (stroje portowej prostytutki i rogatego diabła - szukaj w zdjęciach poniżej).

Upojna zabawa skończyła się dopiero nad ranem, a ja pełen byłem podziwu dla kondycji uczestników...

W niedzielę pora śniadania uwzględniała konieczność dłuższego odpoczynku po balu.

Niestety znaczna część uczestników musiała już wracać do domów. Pozostali "zaliczyli" zdobywanie pieczątek oraz przygotowane konkurencje strzeleckie. Aby nie zmarzli zaserwowaliśmy im też szaloną konkurencję z rozdeptywaniem balonów, która miała szczególny urok na śniegu do kolan...

Potem jeszcze bawiliśmy się w budynku. Było hula-hop i gry logiczne.

Wszystkie niedzielne konkurencje pozwoliły nam rozstrzygnąć zlotową rywalizację:

Puchar za I miejsce - otrzymała załoga Dawida Zawadzkiego

Puchar za II miejsce - otrzymała załoga Jarosława Witta

Puchar za III miejsce - otrzymała załoga Zdzisława Andrzejewskiego

Wojciech Bednarczyk