kontakt

Sprawozdanie z imprezy

Trackim Szlakiem 2010.

Bułgaria
30 maja - 5 czerwca 2010

Czerwiec w Bułgarii jest zazwyczaj upalny i słoneczny, ziemia w górach zamienia się w suchy puder drapiący w nos i zalegający w każdej szczelinie samochodu, a słońce praży od wczesnego ranka do późnego wieczora … tak jest zazwyczaj.

W tym roku wszystko jednak było inaczej – począwszy od śniegu zalegającego na górskich przełęczach, kiedy w zazwyczaj ciepłym kwietniu wyznaczaliśmy trasę, przez upały w maju po gigantyczne gradowe burze w czerwcu. Bałkańskie bezdroża wreszcie pokazały nam pazur !

Pomysł na trasę był prosty – przejechać rozległym terytorium, w czasach antycznych zamieszkanym przez indoeuropejski lud Traków, o których niezwykłej kulturze i bogactwie pisał Homer i Herodot. Trasa wiodła więc bułgarsko-greckim pograniczem w Rodopach, przez Tracką Dolinę, Starą Płaninę aż po Morze Czarne.

Wszystko zaczęło się około 30 kilometrów na wschód od Sofii, w chłodny poranek końcem maja… Lekko opóźnieni z powodu funkcjonowania w różnych strefach czasowych ruszyliśmy na południe. Po kilku kilometrach jazdy asfaltem ruszyliśmy szutrami w stronę majaczącego przed nami masywu Rodopów, pokonując pierwsze przewyższenie (1000 metrów) i korzystając z chwili słońca żeby wspiąć się na skalny punkt widokowy.

Pierwszy nocleg spędziliśmy nad brzegiem jeziora Batak, w akompaniamencie rechotu żab i dzwonków pasących się nieopodal koni. Poranek nad Batakiem okazała się bardzo aktywny – część ekipy wróciła kilkanaście kilometrów w poszukiwaniu zgubionej w ferworze walki z błotem tablicy rejestracyjnej Pajero, a reszta odbyła poranne manewry podczas wyciągania L200 z nie-tak-płytkiego (jakby się wydawało) błota.

Kolejne dni to przeprawa przez rodopskie przełęcze, wyścig z deszczem i codzienne uczty w lokalnych knajpkach (po zjedzeniu domowych mekitsi baliśmy się nawet przeciążenia samochodów).

Przez chwilę byliśmy też w Grecji, wspinaliśmy się w diabelskiej jaskini i na zawieszone nad przepaścią „Orłowe oko”.

Szczęśliwie dla nas po pierwszych deszczowych dniach, o poranku - na wysokości 1850 m n.p.m. przywitało nas słońce, a z każdym metrem w dół robiło się cieplej. Tego dnia wspinając się na szczyt twierdzy cara Asena czuliśmy się już całkiem „czarnomorsko”.

Ostatnie dni wyprawy poświęciliśmy na przejazd Tracką Doliną w masyw Starej Płaniny, eksplorację „niebieskich skał” – które nie wiedzieć czemu są czerwone, a także relaks i aromatyczną kawę we wspaniale odrestaurowanej XIX-wiecznej wiosce – Jerevnie.

W sobotę 5 czerwca, po zaskakującej błotnej przeprawie naszym oczom ukazało się morze i biała wieża latarni morskiej na klifie przylądka Emine !!!

Ostatnie metry były testem naszych AT-ków i MT-ków na rozgrzanym morskim piasku, po którym pozostało już tylko wybranie miejsca na nocleg z najlepszym widokiem na wschód słońca…

Wyprawę zakończyliśmy ogniskiem na plaży, przy którym snucie planów dalszych eskapad szło nam nadzwyczaj gładko – ale to już zupełnie inna historia...

Natasza Styczyńska

---------------

Relacja z podróży z tylnego siedzenia L200!

Dzień 1 – niedziela, 30.05.2010

Zbiórka około 40 km od Sofii, na stacji Lukoil.
Jadąc do Sofii już wczoraj spotkaliśmy uczestników naszej wyprawy - Mitsubishi Pajero i Jeepa Wranglera. Wśród ruchu ulicznego wyławiamy się jak rodzynki w torcie, znaki rozpoznawcze – polska rejestracja, auto terenowe, no i mamy bingo!
Rano, o ósmej, w niedzielę Sofia śpi! Leniwie przejeżdżają autobusy miejskie, pojedyncze auta. Za to wieczorem w sobotę... Życie tętniło, prawie wszystkie sklepy pootwierane, choć była już 22.00, pełne biesiadujących ludzi kawiarnie i restauracje...

W wyprawie bierze udział sześć aut: 2 x L200, Pajero, Land Rover, 2 x Jeep, w sumie 16 osób. Spotykamy znajomych Olę i Zdzisława - członków Klubu PolskiOffroad. Naszymi organizatorami są Natasza i Andrzej.

Już po kilkudziesięciu minutach orientuję się, że z tą wyprawą to jest „coś nie tak”... Nie jesteśmy uczestnikami! My jesteśmy gośćmi! A to zasadnicza różnica. Natasza i Andrzej znają Bułgarię wyśmienicie. Wiedzą, co chcą nam pokazać i jak tam dojedziemy! Ich celem jest pokazanie Bułgarii takiej jaką ona jest, pełnej kontrastów, malowniczych górskich krajobrazów, ale i betonowej brzydoty wybrzeża Morza Czarnego. Bułgarię mamy poczuć zmysłem wzroku, ale i smaku.

Już na pierwszym postoju jesteśmy częstowani banicą, powszechnie jedzoną w Bułgarii w godzinach przedpołudniowych. Pieczona w domach lub kupowana w baniczarniach stanowi rodzaj francuskiego ciasta nadziewanego serem, szpinakiem rzadziej mięsem (znana jako „burek” w Serbii i Bośni). Oprócz banicy dostajemy pyszne ciasto z bakaliami oraz świeżymi truskawkami. Ten poczęstunek to bardzo miły akcent, ponieważ banicę i ciasto upiekła Ciocia Andrzeja. Było to swego rodzaju wyzwanie – nakarmić 16 osób! A jednak okazuje się, że te bułgarskie specjały są bardzo syte i był to dopiero przedsmak tego co nas czekało...

Pierwszym punktem poznawania Bułgarii była „czeszma” - jedno z licznych miejsc, gdzie tryska woda dla spragnionych wędrowców, tuż obok kubki, często na łańcuchach (sic!), gdyby komuś zapomniało się odstawić! My mamy swoje kubki wyprawowe, prezent od organizatorów. Wodę tę można pić bez obaw. Niestety romantyzm takim miejscom odbiera pomysłowość bułgarska w postaci mycia aut... No cóż... co kraj to obyczaj!

Jedziemy już górskimi duktami do miasta Velingrad. Po drodze przystanek na punkt widokowy Malinivi Skali. No autem wjechać się nie da! Trzeba nóżkami ostro w górę
(400 m?). Brak formy jest bezlitosny, ale za to panorama na Velingrad przepiękna.
Zjazd do miasteczka trochę trwa, droga offroadowa, trochę kamieni, dziur, błota, bo przecież wczoraj intensywnie padało.

W miasteczku, słuchając dobrej rady naszych przewodników, kierujemy się do restauracji w kompleksie hotelowym o bardzo europejskiej nazwie SPA RICH HOTEL... Powiew luksusu czuje się od wejścia; basen, świeże kwiaty, nawet w toalecie, uprzejma obsługa, ale mimo całego tego high life’u proponują tu, przy stołach nakrytych, tradycyjnymi, czerwonymi obrusami, dania kuchni bułgarskiej, bułgarskie piwo, które notabene jest wyśmienite i wino, nie gorsze. Zawsze w obcym kraju jest problem z kartą dań, bo niewiele wiemy z miejscowych nazw, o ile w ogóle cokolwiek uda się rozszyfrować w ichniejszym języku. Tym razem nie ma takiego problemu. Natasza i Andrzej chętnie opowiadają o bułgarskiej kuchni, radzą czego warto spróbować. No, to rozumiem, tak można zwiedzać!

Jesteśmy po pierwszym zderzeniu dwóch światów: Bułgarii z dziurawymi drogami, podrdzewiałymi barierkami, nawet na autostradzie, z drewnianymi, przycupniętymi szopkami, szarymi domostwami otoczonymi obowiązkowo winoroślami i krzewami różanymi, z Bułgarią luksusowego kompleksu hotelowego Spa.

Pora jechać na miejsce naszego dzisiejszego kwaterunku. Jest nim łąka nad sztucznym jeziorem Batak. Wdarliśmy się na terytorium pasących się tu krów i byków (czy na tych off roadowych imprezach zawsze muszą być byki!?). Zwierzaki oglądają nas z dużą ciekawością. Co bardziej wścibskie sztuki trzeba odganiać.

Wieczór jest integracyjny, przy ognisku... Integrujemy się ze sobą rakiją i innymi bułgarskimi wódkami oraz winem... Szaleństwo bułgarskiej nocy! Wieczór kończy się późno...

Dzień 2 – poniedziałek, 31.05.2010

Dziś zaczynamy od zwiedzania pobliskiego miasteczka Batak. Wpierw jednak trzeba zjeść śniadanie. Andrzej opowiada, że warto zjeść „princessę”. Nie, to nie słodki, waflowy batonik, to coś w rodzaju naszej grzanki. Dobrze, że wiedzieliśmy co chcemy, ponieważ dogadać się nie sposób. Próbując już princess podsumowaliśmy, że razem znamy 6 języków i co? I trudno było... Dobrze, że kawa w wielu językach brzmi tak samo, bo bułgarski prosty nie jest.

W Batak obowiązkowo trzeba zwiedzić Cerkiew Świętej Niedzieli. W XIX w. Turcy krwawo stłumili powstanie, wycinając kilka tysięcy ludzi Bułgarów, chcących wyzwolić się z ich jarzma. Tych, którzy schronili się w cerkwi, wzięli oszustwem, obiecując wolność. Oblężenie cerkwi trwało dość długo. W środku znajduje się dziura, którą wydrapały rękoma kobiety, chcąc się dokopać do wody dla uwięzionych wraz z nimi dzieci. Przygnębiające miejsce...

Jeszcze sesja zdjęciowa na placyku w centrum pod pomnikiem z samolotem i jedziemy do Trigradu.

Trigrad - miasteczko położone w bezpośredniej bliskości granicy z Grecją. Kiedyś strefa zamknięta z powodu sąsiedztwa „zgniłego zachodu”. Wjazd do miasta miały tylko osoby z przepustkami. Granica z Grecją oddzielona była kolczastym drutem, a teren nie był zaznaczony na mapach. Strefę przygraniczną poszerzano, w miarę jak coraz więcej Bułgarów nielegalnie ją przekraczało. Do dziś zresztą granica ta jest nielegalnie przekraczana, mimo braku drutu kolczastego, pomimo członkostwa w Unii. Bułgaria nie jest w strefie Schengen i pewnie długo nie będzie ze względu na sąsiedztwo Serbii, Kosova. Opłaca się przekraczać zieloną granicę, bo warto sprzedać w strefie euro żywność, zwłaszcza tę samodzielnie wytworzoną.

Przejazd do Trigradu to blisko 80 km nietrudnym off-roadem górskim. Nietrudnym, bo już było w miarę sucho. Auta jadą z prędkością 15-20 km/h. Przeciskają się między kamieniami, pokonują brody licznych, górskich strumieni, są omiatane przez gałęzie zwalonych drzew. Niektóre pnie zagradzające drogę trzeba było przerąbać. Zabawy było przy tym co nie miara. Sesja zdjęciowa konieczna, a drwali było więcej niż potrzeba.

Po kilkugodzinnej jeździe to w dół, to w górę, każdy milimetr człowieka jest łącznie z mózgiem, dokładnie wytrzęsiony: z prawa, na lewą, z lewa, na prawą, w górę, w dół i z powrotem...

Tak kolebiąc się i miarowo trzęsąc, dojeżdżamy do jednej z atrakcji Bułgarii: wąwozu i jaskini Jahodina. Jaskinia, co prawda, już zamknięta, ale wąwozu nie zamykają i na dodatek jest jeszcze jasno, więc można oglądać, foty strzelać.

Na naszej drodze kolejny punkt widokowy Orłowo Oko. Atrakcją jest zbudowana rok temu platforma widokowa, wisząca na wysokości 1530 m n.p.m. Wrażenie, kiedy stoi się na wysuniętej poza półkę skalną platformie, jest niesamowite!!! Chyba nie było osoby, która nie czułaby dreszczyku emocji i obawy czy mimo solidności konstrukcji coś się nie urwie.

Wieczór upływa nam w Trigradzie, w restauracji zlokalizowanej (o dziwo!) w szkole. Dania oczywiście bułgarskie. Sposób podawania też; najpierw szopska, potem kebapcze (długo potem...) pstrągi, znów długo nic i w końcu ziemniaki po trigradzku, na dobicie – to prawdziwa bomba kaloryczna - plastry ziemniaków polane oliwą i posypane serem domowym.

Mieszkamy w małym pensjonacie, jest domowa atmosfera.

Dzień 3 – wtorek, 01.06.2010

LEJE!!! Zaczęło się od burzy w nocy i tak już zostało. Małe szanse na zmianę tej pogody, ale pomimo to, dzień rozpoczął się miło, ponieważ nasza gospodyni przygotowała dla nas prawdziwe, wiejskie śniadanie. Zupełnie odmienne od śniadań, które jemy na co dzień. Wszystko jest tzw. domowej roboty; pieczone placki, konfitury z malin i borówki, ser oraz coś w rodzaju naszego jogurtu. Pychota! Kolejne zjawiające się na śniadaniu osoby, pytają Nataszę i Andrzeja o instrukcję jak to się je?

Po śniadaniowej uczcie jedziemy zwiedzić jaskinię „Diabelskie Gardło”. Moje ostatnie doświadczenie ze zwiedzania jaskini to całe mnóstwo schodów, w dodatku śliskich. Ta jaskinia pomimo nazwy wydawała się po wejściu na przyjazną – tunele w poziomie, fajnie! Tylko nie słyszałam, kiedy przewodniczka wspominała o czekających nas 300 schodach! Jeśli komuś było zimno, albo miał schorzenie „dnia poprzedzającego” to po zwiedzaniu Diabelskiego Gardła jak ręką odjął ! Jeszcze przy wyjściu mógł sobie kupić ziele trigradzkie na wszelkie choroby, a do kompletu słoiczek miodku, z szyszką sosny na osłodę. Warto jednak było powalczyć z tymi schodami, bo widoki niesamowite, a w środku rwąca rzeka.

Jedziemy na pogranicze bułgarsko-greckie. Śmieszne uczucie jest, gdy jedną nogą stoi się w Bułgarii, a drugą w Grecji. Dziś granica jest zaznaczona tylko niezbyt głęboką bruzdą i niedużymi białymi kamieniami - znak czasu..., lepszego czasu! Natasza uznała, że jest to godne miejsce, aby z okazji Dnia Dziecka wręczyć nam prezent w postaci piersióweczki z bułgarską wódeczką. Miłe są te niespodzianki i miło jest być dzieckiem!

Dzień jest luźniejszy, przeznaczony na pętle widokowe wokół Trigradu. Niestety! Powiedzieć, że padało to mało - LAŁO!!! Z podziwiania widoków była niewielka pociecha- zimno, wilgoć i widoczność kiepska. Off-roaderzy mieli trochę zabawy, bo jechaliśmy często pod górę po śliskich kamieniach, a w dół płynęły, przy tym długotrwałym deszczu, strumyki wody. Dla pasażerów, zwłaszcza tylnych siedzeń, wrażenia już z lekkim dreszczykiem.

Plan był na spanie pod namiotami w górach, ale doszliśmy do wniosku, że to bez sensu, wszystko mokre, żadnej wieczornej biesiady, bo każdy w swoim namiocie... Wracamy wiec do pensjonatu. Gospodyni nawet nie zdążyła posprzątać pokoi, więc każdy zajmuje swój poprzedni pokój. Po krótkim zakwaterowaniu, w kominku płonie ogień, a Piotrek pełni rolę barmana i polewa chętnym. Po chwili przy kominku trwa wielkie suszenie zmoczonych części garderoby. Do pełni szczęścia brakowało nam tylko kolacji, ale byliśmy w dobrych rękach, nasza gospodyni przygotowuje nam hałdę szopskiej sałatki do tego grilowane mięsa, kebapcze.

Wszyscy idą spać najedzeni, napici i ogrzani ciepłem ognia z kominka...Komuś przypaliły się podeszwy butów? Nieważne!

Dzień 4 – środa, 02.06.2010

Zadowoleni i wyspani wyglądamy słońca... Na szczęście jest!
Po pysznym śniadaniu (gorąca banica z serem i smażony w jajku chleb), ruszamy...

Pogoda, zupełne przeciwieństwo dnia poprzedniego, przepiękna! Przejeżdżamy przez turecka wioskę, której nie widać z dołu. Dziś celem jest miasteczko Sziroka Łuka – skansen z architekturą z XIXw. - urokliwe miejsce.

Oczywiście cała grupa ląduje w restauracji. Miało być skromnie, a była wielka wyżerka; pieczeń czuszki, plaskawica (mielony, duży kotlet z serem), kaczamak - kaszka kukurydziana z serem, boczkiem!, a wszystko na jajku sadzonym, usmażone na masełku. Pyszne! Dobre! Te wszystkie określenia są trafne, łącznie z kaloryczną katastrofą, ale Bułgaria już tak ma... Albo się poddasz i będziesz się odchudzał po powrocie z wakacji albo poprzestań na szopskiej...

Po obiadku mała rundka po miasteczku, zdjątka co ciekawszych obiektów, zakupy m.in. krowi dzwonek i w górę! Dziś mamy spać na polanie. Naszym celem jest 1900 m npm. W miasteczku było cieplutko - ok. 20 stopni C - w miarę jak się wspinamy temperatura spada, już jest tylko 13 stopni.

Nocujemy na rozłożystej łące. Niektórzy szczęściarze mają parcelę od razu z kilkuletnimi świerkami. Rześkie, chłodne powietrze. Już po kilku minutach wszyscy ciepło odziani. Niektórzy opatuleni nawet w koce, inni grzeją się od środka rakiją, a wszystkich gromadzi ognisko, rozsiewające wokół ciepło...
Łąka jest poryta przez dziki, ktoś pyta czy są niedźwiedzie. Pewnie, że są! Trwają dysputy czy tych dzikich gości możemy mieć w nocy, a zwłaszcza udzielany jest instruktaż jak misia przepędzić. Lepiej, żeby takiej potrzeby nie było !

Dzień 5 – czwartek, 03.06.2010.

Noc była zimna. Żadne to odkrycie. Śpi się praktycznie kompletnie ubranym i to jeszcze w najcieplejsze ciuchy, tak, że śpiwór ledwie się dopina. W nocy zawsze wychodzą nierówności terenowe, człowiek zjeżdża w dół nogami lub głową albo ściąga go na boki i budzi się obok maty.

Dzień zaczynamy zjazdem trasą widokową do miasteczka. Pajero w jakimś błocie straciło przednią rejestrację. Trzeba to zgłosić na policję. Potem naszym celem jest Kosowo - wieś skansen. Nazwa nie ma nic wspólnego z tamtym, tragicznym Kosowem. Wioska jest malowniczo położona na zboczach. Mimo tego, że wiele domów jest opuszczonych i zniszczonych, jest urocza. Oglądamy małą cerkiewkę, spacerujemy po wąskich uliczkach i zaglądamy do wnętrz rozpadających się domostw. Jednak to tylko pozory, że świat zapomniał o tym miejscu. Wieś ma stronę internetową, a te stare domy można sobie kupić i to za całkiem spore pieniądze, albo są już kupione i czekają na remont. Póki co, jest tam cisza i spokój, od czasu do czasu mącony przez turystów.

Niezłe zamieszanie zrobiliśmy w miejscowej, klimatycznej knajpce. Jesteśmy dość sporą grupą, a jemy wszyscy w jednym miejscu, więc obsługa ma co robić. Tutaj mieliśmy niezły ubaw, bo do pomocy w kuchni została zgarnięta siedząca na sali konsumpcyjnej starsza kobieta. W czasie kiedy po złożeniu przez nas zamówień, trwała krzątanina w kuchni, nikt nie obsługiwał baru. Próbowaliśmy obsłużyć się sami, ale na pustych kuflach się skończyło. Po kilkunastu minutach kuchnię zaczęła opuszczać sałatka oczywiście szopska, ktoś widział jak przedtem z pobliskiego sklepiku doniesiono ogórki. Mieliśmy już na stołach sałatkę, ale niestety bez sztućców, co bardziej niecierpliwi próbowali jeść rękoma, ale jest to zajęcie karkołomne. Restauracyjka widać miała skromną ilościowo nie tylko obsługę, bo Pan rozdając nam w końcu widelce, miał obawę na twarzy czy ich starczy. Wystarczyło, choć wnioskując po minie musiało być niebezpiecznie. Po sałatce przyszła pora na smażony kaszkawał w panierce (dietetyczne samobójstwo!). Zastanawialiśmy się tylko czy trzy kawałki tegoż sera, to trzy porcje czy jedna? Bo jeśli jedna, to znaczy, że znów wychodzimy z jedzeniem na wynos, tzw. bułgarskim kubełkiem i mamy prowiant do wieczornego ogniska. Brutalna prawda wkrótce wyszła na jaw, 1 porcja = 3 kawałki! Podczas naszych wizyt w lokalnej gastronomii najadały się z nami okoliczne koty i psy, a jeszcze mieliśmy „take out” na wieczór. Akcja w naszej knajpce zmierzała ku rachunkom. Prawie w każdym miejscu na świecie jest problem z podziałem rachunku na poszczególne osoby, ale ponieważ prawie, jak wszyscy wiedzą dzięki reklamie, robi różnicę, to w Kosowie, tym w Bułgarii, problemu nie ma! W knajpce zjawił się szef i rozliczenie naszej grupy poszło mu nad wyraz sprawnie!

Po tym optymistycznym akcencie kontynuujemy naszą wyprawę.
Znajdujemy się w pobliżu Asjenowgradu i Plowdiw, więc nie dziwi infrastruktura narciarska oraz porozrzucane w lesie domki. Jeden z nich pomimo, że miał powybijane szyby, przegniłe stropy, był przepiękny, a to za sprawą fantastycznej panoramy na góry, rozciągającej się z tarasu. Widoczność jest tak dobra, że poza Rodopami mamy widok na wielką równinę, tzw. Nizinę Tracką, aż do zarysów Starej Płaniny, pasma, do którego jutro będziemy się transferować. Zaczęły się dyskusje, że fajnie byłoby mieć taki dom, z tak pięknym widokiem do porannej kawy. Pojawiła się nawet koncepcja zasiedlenia tego domu na najbliższy nocleg, ale dość żartów; jedziemy zasiedlić upatrzoną wcześniej przez Nataszę i Andrzeja polanę...

Kto chce od razu biwakuje, kto ambitny może dalej eksplorować Bułgarię. Do obejrzenia jest twierdza Asjenowa Kriepost z XI w. oraz sąsiadująca z nią cerkiew Św. Bogurodzicy. Wejście na szczyt twierdzy jest wynagrodzone panoramą na góry oraz pobliski Asjenowgrad – cel większości wycieczek turystycznych do Bułgarii.

Dzień 6 – piątek, 04.06.2010

Dziś dużo asfaltu, bo musimy się przerzucić z Rodopów w góry Starej Płaniny.
Jedziemy przez Plowdiw. W programie nie mamy zwiedzania, więc z auta fotografuję co ciekawsze mijane obiekty. Czytam w przewodniku, że jest tu bardzo ładna starówka.

Przejazd przez Plowdiw całą kolumną okazuje się fajną zabawą. Współpracujemy dzięki CB radiom, a w nie pogubieniu się pomagają nam liczniki czasu na światłach ulicznych.
Zatrzymujemy się w Sliven. Atrakcją jest spory targ owocowo-warzywny. Po zakupach wjeżdżamy na zbocze jednego ze wzgórz Starej Płaniny. Udaje się dość wysoko wjechać, więc okazuje się to dobre miejsce na fotografowanie, opalanie się. Towarzystwo tak się rozleniwiło w słońcu, że Nataszy trudno było popakować nas z powrotem do aut.

Dziś bazą noclegową jest wieś-skansen Jerawna. Też skansen, ale zupełnie inny niż Kosowo. Piękne miejsce. Od wyjścia z aut pstrykaliśmy zdjęcia jak Japończycy, aż mieszkańcy z nas żartowali. Wąskie, urokliwe uliczki, drewniane domki, szczelnie ogrodzone, murowanymi ogrodzeniami, drewniane bramy, a na nich kołatki. Wszystko ciemnobrązowe. Pełni sielskiego obrazu dodaje, gdzieniegdzie przechadzający się po murku kot.

Do naszej dyspozycji jest cały, nowo wyremontowany jeden z takich tradycyjnych domów. Dziś pławimy się w luksusie cywilizacji; namioty zamieniamy na gustownie urządzone pokoje z łazienkami. Towarzystwo szybko rozpierzcha się po pokojach, wręcz okupuje łazienki, by wreszcie się porządnie umyć. Niektórzy, w wygodnych łóżkach, odsypiają fantazje wczorajszego wieczoru, by jak młode bogi znów być aktywnym w porze wieczoru. Rozkoszne chrapanie słychać przez otwarte okna... Niech żyją wakacje! Szkoda tylko, że te, właśnie dobiegają końca...

Dzień 7 – sobota, 05.06.2010

Po ósmej cały dom śpi. By nikogo nie obudzić, skradam się po drewnianych schodach do kuchni w celu napicia się kawy. Od dziewiątej pojawiają się kolejne śpiochy.

Dziś wyjeżdżamy już na wybrzeże, od którego dzieli nas 100 km.
Ze zniecierpliwieniem wyglądamy tego wybrzeża. Jadąc to asfaltem, to offroadowymi odcinkami (np. skrajem winnic) dojeżdżamy do Słonecznego Brzegu.

Już przedmieścia witają nas apartamentowcami. Ten wakacyjny kurort może przyjąć 30 tys. Gości, ale myślę, że dane z przewodnika mogą być już nieaktualne, przez rosnące jak grzyby po deszczu nowe apartamentowce. Wiele jest na sprzedaż, cieszą się one dużym zainteresowaniem wśród Rosjan.

To nie miejsce dla nas! Robimy zakupy w markecie i po przejechaniu krótkiego odcinka asfaltu znikamy w lesie. Brnąc przez całkiem niezłe błota docieramy do najdalej wysuniętego na wschód klifu. Wreszcie jest: MORZE CZARNE! Natasza żartuje, że skoro już je zobaczyliśmy, to możemy wracać... Ale nie ma mowy! A ryby, a kąpiel, a nocleg na plaży?
Jedziemy na ocalałą jeszcze przed komercją plażę. Ocalałą, bo w niedalekiej odległości miał powstać wielki hotel. Jego budowę oprotestowała międzynarodowa społeczność ekologów. Budowę przerwano. Jechaliśmy obok fundamentów straszących sterczącymi, stalowymi drutami.

Dziś biwakujemy na plaży. Nasze namioty są rozbite w odległości około 10 m od brzegu morza. Niesamowite wrażenie, rzecz niewykonalna już nigdzie w Europie. Wreszcie ryby... Caca – małe smażone sardynki - super przekąska do piwa, grilowana. Skumbria – ryba podobna do makreli.

Tradycji musi stać się zadość... Wieczór spędzamy przy ognisku, szkoda tylko, że pożegnalnym, ale za to w super scenerii, bo na plaży...

Dzień 8 – niedziela, 06.06.2010

Nocleg na plaży to rzadkie doświadczenie: miękko, ciepło i cały czas szum morza... Cóż pora wracać. Wymiana adresów mailowych, telefonów. I w drogę...!

Moje dotychczasowe skojarzenia z Bułgarią to: Morze Czarne, Słoneczny Brzeg, Warna - główne cele urlopowe w czasach PRL, wracające do popularności w Polsce po kilkunastu latach przerwy - arbuzy, wino Sophia, stolica też Sofia, członek Unii Europejskiej od sierpnia 2007 i z grubsza biorąc, to tyle. Po wyprawie zupełnie zmieniłam swoje dotychczasowe myślenie na temat tego kraju.

Jeśli miałabym tam znów pojechać, to w góry, nie nad Morze Czarne, które jest przereklamowane i zatłoczone. Ładnie jest tylko tam, gdzie człowiek nie zabetonował wybrzeża. Oczywiście warto je zobaczyć, ale moim zdaniem, o wiele więcej straci się, nie widząc walorów krajobrazowych i przyrodniczych Rodopów czy Starej Płaniny. Wiele razy podczas tej wyprawy podziwialiśmy w górach kobierce dzikich bratków, niezapominajek szczodrzeńców...

Bułgaria to urozmaicona, pyszna kuchnia, niestety strasznie kaloryczna, ale tak to już jest, że to, co dietetyczne, z reguły jest niedobre. Raj dla smakoszy zwłaszcza papryki w różnych postaciach. Zadowoleni będą też znawcy win. Bułgaria to wcale nie wino Sophia, które jest raczej produkowanym na masową skalę fabrycznym sikaczem. Na miejscu można znaleźć znacznie lepsze wizytówki bułgarskich winnic, a wina produkowane z miejscowych szczepów np. Mawrut, mogą konkurować z winami uznawanymi za najlepsze. Piwosze też nie wyjadą z Bułgarii zawiedzeni.

Miasta i mijane wioski nie zrobiły na mnie miłego wrażenia, bo z reguły są szare, zaniedbane. Wrażenie to poprawiają życzliwi gościom mieszkańcy, ale takie miejsca jak Jerawna, Sziroka Łuka to perełki.

Myślę, że warto wybrać się do tego kraju i nie będzie to czas stracony, a każdy znajdzie w nim to co lubi najbardziej...

Relację dedykuję Nataszy i Andrzejowi w podziękowaniu za super wakacje!

Lucyna Dyczek

Zdjęcia Lucyny Dyczek:

 

Zdjęcia Nataszy Styczyńskiej: