kontakt

Sprawozdanie z imprezy

Kameralny Zlot z serii: Miejsca z duszą i pomysłem:

Bukowy Dwór - Bieszczady

24-26 września 2010 (piątek, sobota, niedziela)

Był to drugi zlot nowego cyklu, w którym zapraszamy członków i sympatyków Klubu PolskiOffroad do ciekawych miejsc w Polsce. Wzięło w nim udział pięć załóg (plus organizator), które wspólnymi siłami pokonywały bieszczadzkie drogi i bezdroża.

Nasza baza mieściła się w Rezydencji Bukowy Dwór w miejscowości Rabe, położonej (mniej więcej) w połowie drogi z Ustrzyk Dolnych do Ustrzyk Górnych. Korzystaliśmy tam z zakwaterowania i wyżywienia, a także z wieczornej biesiady przy ognisku z pieczeniem barana.
Sobotni program zakładał nieco terenowych zmagań na trasach wokół miejscowości Czarne.

Zaczęło się bardzo niewinnie od starej, po PGR-owskiej "betonki" ułożonej z płyt. Potem trawiasta droga przez polanę, która zachwycić mogła pięknymi widokami, ale na pewno nie stanowiła off-road'owego wyzwania...

Gwałtowną zmianę doznań przyniósł fragment prowadzący kamienistym dnem strumienia i pierwsze błotne przeszkody tuż po wyjechaniu z niego. Ujawniły one spore różnice w terenowych zdolnościach pojazdów i doświadczeniu uczestników.

Janek swoim Wranglerem na doskonałych, oponach "przefrunął" wszystko z łatwością i widać było, że odczuwał niedosyt adrenaliny...

Małą jej dawkę "zaliczył" Marek w dostojnej Toyocie LC80 grzęznąc w rowie i gubiąc przy okazji tablicę rejestracyjną.

Karolinie w Toyocie LC70 trzeba było nieco pomóc, aby wyjechała z rowu, choć - jak się okazało - przyczyną jej kłopotów były jedynie nie włączone (przez Piotra - tatę) sprzęgiełka w przednich kołach i wszyscy byli pełni podziwu, że bez przedniego napędu dojechała tak daleko...

Suzuki Jimmy prowadzony przez Dawida Zawadzkiego potwierdził wysoką dzielność przypisywaną tym samochodzikom.

Ford Ranger prowadzony przez Mirka miał najwięcej kłopotów i strat. Najpierw nieuwaga kierowcy w strumieniu i wgniecione drzwi. Potem lekkie uderzenie przodem w rowie i ozdobny grill wgniótł się w plastikowy zderzak powodując jego pęknięcie. Na dodatek rozdarta opona i konieczność zmiany koła...
Na pewno duże gabaryty nie były atutem tego auta w ciasnym wąwozie, ani długie zwisy (przedni i tylny - o wiele gorsze niż w pozostałych pojazdach) przy pokonywaniu rowu. Wyszedł też brak terenowego doświadczenia...
Tym bardziej należy podziwiać Mirka za zachowanie "fasonu" do końca i szybkie wyciągnięcie wniosków - ostatnie przeszkody (przed dojazdem do asfaltu) pokonał już dużo spokojniej i bez strat. Mądre też było przyjęcie propozycji odstawienia do bazy forda (aby bardziej go nie niszczyć) i kontynuacja dalszej jazdy (wraz z całą swoja załogą) w charakterze pasażera toyoty Marka (wielkie dzięki Marku za zabranie "rozbitków").

Druga część sobotniej trasy okazała się jeszcze cięższa. Samochody, jeden po drugim (za wyjątkiem "szalejącego" wranglera Janka) "wklejały się" w błotko i grzęzły w koleinach. Ich uwalnianie, choć sprawiało uczestnikom wiele frajdy, zajmowało sporo czasu i niebawem zagroziło punktualnemu stawieniu się na obiad. W tej sytuacji ustalono odwrót do bazy (rezygnując z pokonania najtrudniejszego odcinka) wszystkich za wyjątkiem Janka, który wraz ze mną (organizatorem) zdecydował się dokończyć trasę.
Suzuka i dwie toyoty wycofały się więc do bazy (grzebiąc się jeszcze trochę), a jeepy popędziły do przodu. Dodać muszę, że określenie "popędziły" pasowało raczej do jazdy Janka. Ja niestety dwa razy utknąłem i Janek musiał mnie wyciągać, ale na obiad udało nam się przybyć punktualnie...

Po obiedzie wybraliśmy się do Soliny na spacer po zaporze. Okazał się on bardzo przyjemnym przeżyciem, a piękne widoki w scenerii zachodzącego słońca zapewne na długo zostaną w pamięci...

Tego dnia czekało nas jeszcze ognisko z pieczeniem barana. Odbyło się zgodnie z planem. Uzyskanie "jadalnego" stanu barana wcale nie było proste i wymagało zaangażowania wielu uczestników, spośród których największe podziękowania należą się Dorocie...
Impreza zakończyła się około północy.

W niedzielę troszkę off-road'owo i troszkę bocznymi asfaltowymi, widokowymi dróżkami dojechaliśmy do Sanoka, gdzie wraz z przewodnikiem zwiedzaliśmy jeden z największych w Polsce skansenów. Po drodze odwiedziliśmy wypalarnię węgla drzewnego w okolicach Bandrowa, gdzie mogliśmy zapoznać się z urządzeniami i warunkami życia "smolników".

Imprezę zakończył obiad w gospodzie w Sanoku, skąd rozjechaliśmy się do domów.

Wojciech Bednarczyk

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć.

Zdjęcia Dawida Zawadzkiego:

 

Zdjęcia Mirosława Jabłońskiego:

 

Zdjęcia organizatora: