kontakt

Sprawozdanie z imprezy

Kameralny Zlot z serii "Miejsca z duszą i pomysłem":

Zamek Rycerski w Sobkowie

15-17 kwietnia 2011 (piątek, sobota, niedziela)

Trzeba ją było zamknąć w dyby

Ze wszystkich miejsc, jakie do tej pory odwiedziliśmy w ramach cyklu "Miejsca z duszą i pomysłem", Zamek Rycerski w Sobkowie wywarł na uczestnikach zdecydowanie największe wrażenie. Stało się tak na pewno za sprawą historycznych wnętrz, w których przyszło nam mieszkać. Główną rolę odegrały jednak panujące tu zwyczaje oraz atrakcje przygotowane dla gości. Ale po kolei.

Zlot zaczął się w piątek wieczorem.

Dojazd do Zamku Rycerskiego w Sobkowie jest dobrze oznakowany, dużymi tablicami reklamowymi. Ich wielkość i styl powodują, że dojeżdżający podświadomie oczekuje jakiejś potężnej budowli. Tymczasem zamek od ulicy wygląda bardzo skromnie. Po zmroku, gdyby nie lampiony i proporce, łatwo można by go pomylić z większą stodołą czy oborą. W otaczającym go murze nie ma okien. Trudno też dostrzec jakieś baszty czy inne, charakterystyczne "zamkowe" elementy architektury. Tak jednak powinno być, ponieważ jest to XVI wieczna fortalicja, której rola polegała na kontroli i ochronie znajdującego się nieopodal w przeszłości brodu na Nidzie. Zamieszkiwał ją oddział rycerski, który miał tu wszystko, co w owych czasach było potrzebne do życia i walki.

W murze bez okien znajduje się jedna, wąska brama, którą ostrożnie wjeżdżać trzeba nawet małym autem osobowym. My przekraczaliśmy ją już po ciemku. Jak najciszej zaparkowaliśmy samochód i udaliśmy się do restauracji, gdzie czekało już kilkoro uczestników zlotu. Tam mieliśmy okazję po raz pierwszy zauważyć, że jesteśmy w wyjątkowym miejscu.

Na surowych ścianach wisiały piękne proporce, portrety i batalistyczne obrazy olejne w ciężkich ramach. W kątach i wnękach wyeksponowano dawne strojei rycerskie uzbrojenie. Wszystkiego można było dotknąć, unieść (topór, miecz czy szablę), a nawet przymierzyć. Kelnerki obsługiwały nas w historycznych ubraniach. W takim również pojawił się gospodarz, pan Andrzej Borkowski, który swoją fryzurą (szlachecki czub na łysej głowie) dobitnie dowodził, że to miejsce jest dla niego nie tylko biznesem, ale i prawdziwa pasją.

Po kolacji, która trwała prawie do północy (oczywiście rozmawialiśmy o potędze Rzeczypospolitej) udaliśmy się „na pokoje”. A tam wszędzie ciężkie łoża. W wielu zamiast okien, małe otwory strzelnicze. Zdumiewające, ale jakoś nie kłóciło się to z telewizorami, nowoczesnymi łazienkami czy klimatyzatorami.

Kiedy nastał sobotni ranek i rozejrzeliśmy się po dziedzińcu, utwierdziliśmy się że to miejsce jest naprawdę wyjątkowe.

Nie było nigdzie asfaltu lub choćby bruku. Alejki, drogi i ścieżki wysypane były białym żwirem, codziennie pieczołowicie grabionym. Znajdowaliśmy się w czworokącie zamkniętym z trzech stron ciągłą zabudową (przysadziste budynki z białego kamienia z ciemnymi, drewnianymi zadaszeniami i podcieniami). Trzeci bok stanowił brzeg Nidy. Na środku znajdowały się potężne ruiny pałacu mieszkalnego. Dookoła niego stały „zaparkowane” bryczki i powozy. Na padoku biegały konie. Co kawałek przyciągające wzrok "obiekty": stara armata, klatka do tortur, dyby, gołębnik, stylizowane lampiony, metalowe tarcze z herbami, ptaszarnia, spacerujące pawie. Wszyscy ludzie z obsługi w historycznych strojach. Tylko nieliczne samochody gości (w tym nasze) dowodziły, że nie cofnęliśmy się w czasie...

Tego dnia zaplanowany mieliśmy off-road, więc po śniadaniu ruszyliśmy na ponad 90 km trasę. Jazda odbywała się według road-booka, a załogi pokonywały ją w dwóch grupach pomagając sobie wzajemnie. Trasa była przede wszystkim widokowa, a terenowe emocje wzbudziły przejazdy przez bród, rozlewisko, podmokłą łąkę i ostry podjazd pod górkę. Wszyscy potraktowali jazdę „bezciśnieniowo”, integracyjnie i bez pośpiechu, co spowodowało, że zabrakło troszkę czasu, aby pokonać całą trasę. Niektórzy mieli plan, aby jazdę kontynuować po obiedzie, ale najprawdopodobniej jego sytość i wcześniejsze dotlenienie sprawiły, że ostatecznie wszyscy wybrali odpoczynek.

Było to dobre posunięcie przed czekającą nas wieczorną biesiadą integracyjną. Zaczęła się o 20.30 i trwała do północy. Jak się okazało było to za krótko, aby zjeść wszystko, co nam kuchnia zaserwowała.

W niedzielę mieliśmy „dzień bez samochodu”.
Zaczęło się zaraz po śniadaniu od rejsu gondolą po Nidzie. Wiosna się dopiero budziła i w krajobrazach było jeszcze dużo szarości. Szmer rzeki, pomruk silnika, śpiew ptaków i wychodzące od czasu do czasu słonko (trochę za mało) nieco uśpiło towarzystwo. Konieczna więc była kawowa przerwa przed następną atrakcją. A była nią wycieczka bryczkami. Tu także wolno przesuwające się krajobrazy i cisza usypiała uczestników, szczególnie tych najmłodszych. Jakże tempo życia w dawnych czasach różniło się od dzisiejszego... Okazuje się, że dawne sposoby podróżowania dziś nas nudzą...

Na szczęście z sielanki i senności wyrwał nas kolejny punkt programu. Był im armatni strzał. Odpalenia dokonała odważnie Dorota. Choć strzelaliśmy z małej armatki, huk był potężny. W pobliskich samochodach włączyły się alarmy i przestraszyły się konie na padoku. W uszach huczało. A jakby tak rąbnąć z największej armaty?

Potem, mieliśmy okazję posłuchać gawędy o historii fortalicji, o żyjących tu rodach i ich udziale w kształtowaniu dziejów. Tłem do gawędy była olejna, wierna kopia obrazu Matejki „Władysław IV pod Smoleńskiem”. Tak, znów Smoleńsk, ale zupełnie inaczej - jakoś wyjątkowo miło słuchać było o zdobyciu Moskwy przez Polaków i patrzeć na zgięte karki pokonanych Moskali w hołdzie przed polskim królem...

Dla równowagi przedstawiono nam inscenizację typowej, beznadziejnej waśni między dwoma Polskimi szlachcicami zakończonej śmiertelnym pojedynkiem na szable. Dla osłody, z kolei, egzotyczny taniec brzucha. Potem jeszcze chętni faceci mogli spróbować swych sił w posługiwaniu się kopią dwuręcznego miecza o autentycznej wadze. Marni z nas byliby rycerze; najmocniejszy był w stanie utrzymać mieć w jednej ręce zaledwie 17 sekund!

Lepiej poszło naszym paniom, z których dwie, najodważniejsze, miały okazję przymierzyć historyczne ciuchy. Wyglądały w nich naprawdę fajnie i - jak mówiły - czuły się fantastycznie... Jedna z nich tak się wczuła w rolę kasztelanki, że nic tylko chciała rządzić! Aby wróciła do rzeczywistości trzeba ją było na chwilę zamknąć w specjalnej klatce dla czarownic, a potem w dyby. Poskutkowało.

Ostatnim punktem programu był obiad. W jego trakcie uczestnicy otrzymali pamiątkowe dyplomy. Potem były już tylko pożegnania i deklaracje następnego spotkania.

Wojtek Bednarczyk

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć:

Zdjęcia Krzysztoa Rajcy:

 

Zdjęcia organizatora: