kontakt

Sprawozdanie z imprezy

WIELKA MAJÓWKA

Podhale, 29 kwietnia - 3 maja 2011
(piątek, sobota, niedziela, poniedziałek, wtorek)

Cztery pory roku w jeden weekend

Na miejsce tegorocznej Wielkiej Majówki, organizowanej w długi, wolny od pracy weekend "pierwszo-trzecio majowy" wybraliśmy Podhale. Naszą bazą był Kompleks Wypoczynkowo-Konferencyjny "Beskid" w Spytkowicach koło Rabki, gdzie mieści się Autoryzowane Centrum Odnowy Biologicznej i Rehabilitacji Leczniczej, a impreza miała charakter kameralnego, rodzinnego zlotu.

Przygotowane off-roadowe atrakcje z założenia miały być "akceptowalne" nawet przez tych członków rodzin, którzy niezbyt gustują w jeżdżeniu po wertepach - to nasza zasada stosowana od lat podczas dłuższych imprez, aby nie dzielić rodzin. Chcieliśmy jednak dać też satysfakcję spragnionym ekstremalnych doznań. Staraliśmy się jednocześnie nie "przeładować" programu, aby pozostawić uczestnikom czas na skorzystanie z atrakcji oferowanej przez naszą bazę, czyli basenu, jakuzzi, masaży i zabiegów spa. Program więc był mocno zróżnicowany i inny każdego dnia.

W sobotę zaczęliśmy od "delikatnego" off-roadu. Zadaniem uczestników było samodzielne pokonanie trasy ze Spytkowic do Koszarawy według road-booka i mapy. Jej długość wnosiła 65 km i prowadziła w większości bocznymi drogami asfaltowymi i szutrowymi, stosunkowo łatwymi do jazdy. Był to więc przede wszystkim sprawdzian umiejętności nawigacji. Po drodze uczestnicy mieli możliwość zwiedzić skansen w Zubrzycy oraz odwiedzić "pokazową" bacówkę, w której wyrabiane są oscypki. Powrót do bazy odbywał się również samodzielnie, dowolną drogą.

Wieczorem odbyła się pierwsza biesiada integracyjna. Zorganizowana była w bacowskim szałasie z ogniskiem i potężnym grillem w środku. Menu obejmowało przede wszystkim karczek, kiełbasę i kaszankę. Były również sery i sałatki, ale największym powodzeniem cieszyły się zapieczone w folii aluminiowej, świetnie przyprawione ziemniaki w mundurkach.

Dobre jedzenie sprzyjało konsumpcji alkoholowych trunków, a te z kolei nie tylko off-roadowym opowieściom...

Niedziela przywitała nas deszczem. Padał on - co prawda - już w sobotę, ale tylko przez chwilę, oddając pięknemu, niemal letniemu słońcu resztę dnia. W niedzielę były już intensywne opady ciągłe, z pokrytym szczelnie chmurami całym niebem i niską temperaturą. Zrobiło się szaro i jesiennie, a my na ten dzień mieliśmy zaplanowane najcięższe off-roadowe zadania.
Pierwsze z nich polegało na dojeżdzie na off-roadowy tor w okolicach Stryszawy. Prowadził nas tam miejscowy off-roader - właściciel toru. Jazda odbywała się nieutwardzoną wąską dróżką. Początkowo szło całkiem nieźle, ale wystarczył jeden stromszy, gliniasty odcinek, aby okazało się, że mamy w większości za słabe opony. Szczególnie odczuł to Grzesiek w Fordzie Ranger. Jego auto z niedociążoną tylna osią odmówiło jazdy pod górę. Na szczęście do pomocy było wielu chętnych i jakoś wspólnie, korzystając z wyciągarek daliśmy radę. Kolejny sprawdzian czekał nas na torze. Okazało się tam, że jedynie prowadzący nas jego właściciel był w stanie pokonać wyznaczoną trasę swoim samurajem na simexach. Reszta mimo śmiałych prób zsuwała się w krzaki i tylko dzięki wyciągarkom tam nie została do dzisiaj. Wypada w tym miejscu zaznaczyć, że ze wszystkich uczestników najlepiej dała sobie radę Agnieszka Biniak. Muszę też docenić chart ducha pozostałych - mimo lejącego deszczu i przemoczonych ubrań nikt nie narzekał i każdy chciał choć odrobinę popróbować swoich sił.

Niestety humory znacznie nam popsuła obsługa w karczmie Koliba w Zawoi, gdzie pojechaliśmy na obiad. Obsługiwano nas tak długo, że parę osób tego nie wytrzymało i zmieniło lokal. Choć "cierpliwi" otrzymali rekompensatę finansową (nie policzono im w rachunku niektórych dań), to ostrzegam przed ta Karczmą i nie polecam jej naprawdę głodnym! Pobyt tam kosztuje sporo nerwów... i czasu - my straciliśmy prawie dwie godziny.

Później więc niż zamierzałem ruszyliśmy na drugi etap. Polegał on na przeprawie przez góry do Sidziny. Część załóg na słabszych oponach zrezygnowała z niego i samodzielnie, asfaltami wróciła do bazy. Reszta na początku jechała ładną, widokową drogą, na przemian asfaltową, szutrową i nieutwardzoną. Czym wyżej w górę, tym robiło się bardziej dziko. Kiedy kamieniste podłoże zastąpiła warstwa mokrej gliny (wciąż padał deszcz) zaczęły się nasze kłopoty. Wszystkie auta na słabszych oponach wymagały pomocy. Nie mogły podjechać, bądź zsuwały się z drogi na trawersach. Na szczęście chętnych do pomocy nie brakowało. W ruch szły wyciągarki, liny kinetyczne taśmy i zblocza. Najwięcej chyba napracował się Marek w żółtym Rubikonie - wielkie dzięki Marku! Dziękuję również Zbyszkowi z Patrola, który dzielnie go wspierał (przede wszystkim dobrym słowem :-).

Góry zostały pokonane, ale późna pora nie pozwoliła nam niestety dokończyć całej zaplanowanej trasy. Wróciliśmy do bazy asfaltem...

Na poniedziałek zaplanowana była rekreacja: zwiedzanie regionu i wypoczynek.
Część załóg czuła jednak niedosyt ciężkiego off-roadu i wybrała się samodzielnie w góry wyposażona przeze mnie w mapę i wskazówki. Co przeżyli, wiedzą tylko oni. Do mnie dotarły jedynie niespójne informację o problemach z nawigacją, walce z terenem i różnych stratach w sprzęcie.
"Zdyscyplinowana" reszta, zgodnie z programem pojechała na wycieczkę w Pieniny. Dojechaliśmy tam w dwóch etapach: widokowymi bocznymi dróżkami asfaltowymi i nieutwardzonymi ze Spytkowic do Nowego Targu, a potem szybką drogą asfaltową do Sromowców, do przystani początkowej spływu Dunajcem. Po drodze była przerwa na kawę w malowniczo położonym zajeździe. Potem mogliśmy obserwować start flisackich tratw w Sromowcach (nikt z uczestników nie zdecydował się wziąć udziału w spływie). Następnie zwiedziliśmy zamek w Czorszynie i zaliczyliśmy jazdę "bezśnieżnymi" saneczkami na specjalnym torze w Kluszkowcach. Ostatnim punktem programu dnia była wizyta w hodowli pstrągów, gdzie zjedliśmy pyszny obiad (pstrąga oczywiście), który - mam nadzieję - zatarł złe wspomnienia z Koliby z Zawoi.

Do ośrodka Beskid wróciliśmy tego dnia wcześniej, aby móc skorzystać z jego oferty (przede wszystkim z basenu).
Od 20.00 rozpoczęła się druga i jednocześnie pożegnalna biesiada integracyjna. Tym razem do naszej dyspozycji była "Karczma Góralska" urządzona w głównym budynku ośrodka. Co do jej "góralskiego" charakteru można by mieć sporo wątpliwości, ale nie o to przecież chodziło. Ważne, że znów wspaniale uraczyła nas kuchnia. Na ogromnej, drewnianej tacy podano nam imponujący zestaw mięsiw: pieczone golonki, żeberka, karczek, kurczęce udka itp. Jako dodatki były gorące zupy: gęsty żur z kiełbasą i pikantny gulasz "strogonow". Do tego talerz serów i wędlin oraz domowy smalec z kiszonym ogórkiem... Był to wspaniały podkład do trunków, biesiadnych dyskusji i opowieści. Z czasem nogi zaczęły same "przebierać" do puszczanej muzyki i kilka par zdecydowało się trochę potańczyć. Małą przerwą w zabawie było rozdanie pamiątkowych dyplomów.

We wtorek większość załóg wyruszyła do domów zaraz po śniadaniu. Jak się okazało była to mądra decyzja, ponieważ tego dnia aura przygotowała nam potężną niespodziankę. Co prawda, już w poniedziałek temperatura od rana znacznie się obniżała, ale było słonecznie. Wszystkich więc zaskoczył gwałtowny powrót zimy z prawdziwą i wyjątkowo intensywną śnieżycą. Do ogólnego tłoku na drogach doszły więc koszmarne warunki, a paru z uczestników miało do domu naprawdę daleko: do Tomaszowa Mazowieckiego, Warszawy, Konina, a nawet do Gdańska...

Wojciech Bednarczyk

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć.

Zdjęcia Bogdana Marszała:

 

Zdjęcia organizatora: