kontakt

Sprawozdanie z imprezy

ISLANDIA 2011 - Dzieciaki na wyspie lodu i ognia.

(Dziennik z rodzinnej wyprawy pisany przez Maćka Fornalczyka)

naklejka

12 stycznia 2011

W zeszłym roku powstał plan, aby pojechać gdzieś daleko od ... wszystkiego. Wybór padł na Islandię, która od dawna znajduje się na liście naszych rodzinnych „celów strategicznych”

Plan jest prosty i chyba interesujący.

Po pierwsze, zamierzamy jechać prawie całą naszą rodziną. To „prawie” wzięło się stąd, że nie zabierzemy psa, który zwykle nam towarzyszy. Pojedziemy zatem we czwórkę: tata (Maciek Fornalczyk), mama (Asia Fornalczyk) i dwie córy (Hania i Zosia - 3 i 6 lat).

Po drugie, jedziemy na kołach naszym LR Disco z 1996 roku. Rozważaliśmy, co prawda, pomysł lotu samolotem i wynajęcia sprzętu na miejscu, ale doszliśmy do wniosku, że nie dałoby nam to pełnej satysfakcji. W końcu mamy przecież własny samochód przygotowany do wypraw. Pojawił się on w naszej rodzinie w tym samym czasie co pierwsza dziewczyna i od tego czasu ciągle go dozbrajamy. W ramach tego procesu dozbroiliśmy się w drugą córkę J i teraz mając już komplet załogi i wyposażenia nie chcemy się z nim rozstawać.

Po trzecie wyjazd ma być „bezciśnieniowy”. Mamy oczywiście dość ambitny plan, aby objechać całą Islandię dookoła i jak najwięcej przemieszczać się w dzikim interiorze – trasy są jeszcze w opracowaniu – ale ma to być przede wszystkim radosna przygoda bez zbędnego narażania się na niebezpieczeństwa i kłopoty. Wszystko musi być dokładnie przemyślane, a my dobrze przygotowani na różne ewentualności.

Zaczęliśmy więc od zapewnienia sobie towarzystwa. Razem z nami pojadą nasi przyjaciele: Anna Zarudzka i Piotr Majchrzak. Ich pojazd to LR Defender.

Teraz pracujemy nad zabezpieczeniem komfortu termicznego i dobrze wyposażoną pod kątem dzieci, podróżną apteczką.

20 lutego 2011

Wyjazd już się bardziej krystalizuje. Aśka czyta namiętnie przewodniki i odwiedza ciekawe miejsca w necie o ISL. Dodatkowo uzupełnia swą erudycję o współczesną literaturę islandzką. Przy okazji stwierdza, że współcześni pisarze z tej wyspy są szczególnie nastawieni na kryminały i to tylko takie, które ociekają okrucieństwem i krwią... Trochę to daje do myślenia, bo ponoć nawet „najbardziej fikcyjna fikcja” literacka to odbicie rzeczywistych przeżyć. Mam nadzieję, że kryminały powstawały poza Islandią i że nam nic grozi...

Ja też czytam, ale zacząłem od literatury dawnej. Pochłaniam średniowieczne sagi islandzkie. Okazuje się, że obecnie to bibliofilskie „rarytasy”. Ostatnie wydania po polsku pochodzą z 1974 roku.

Zaplanowaliśmy już dalsze działania. To co musimy zrobić mieści się w sześciu grupach tematycznych: (1) samochód, (2) dzieciaki, (3) wyposażenie turystyczne, (4) medykamenty, (5) formalności, (6) trasa.

Wierzę, że nasz samochód nie wymaga dramatycznych prac i nakładów. Eksploatuje go na co dzień i z grubsza znam jego słabe i mocne strony. Zamierzam jednak zlecić mechanikom dokładny przegląd i powymieniać lub ponaprawiać wszystko co zostanie wykryte. Spodziewam się również konieczności zgromadzenia podręcznego zapasu części zamiennych.

Grupa (2) dzieciaki, to tak naprawdę wybrane podgrupy z pozostałych czterech, bowiem wszystko podporządkować musimy możliwościom, wymaganiom, wygodzie i bezpieczeństwu naszych dzieciaków.

Na pewno ważnym zagadnieniem będzie zapewnienie wygodnych i ciepłych ubrań oraz spania. Dużo też uwagi poświęcić musimy na przygotowanie zajęć dla dziewczyn na czas długiej jazdy, szczególnie do i z Islandii. Kiedy się nudzą, zamęczyć mogą każdego. Mógłby, co prawda dzięki temu powstać kolejny islandzki kryminał, ale przecież nie o to nam chodzi...

Opowiedziałem o pomyśle naszego wyjazdu Wojtkowi Bednarczykowi (szefowi Klubu PolskiOffroad, do którego należę). Zadeklarował on wszelką „medialną” pomoc w oparciu o serwis, publikację dziennika wyprawy, zdjęć, filmów, a nawet reklam sponsorów, których znajdę.

Przy okazji: Wojtek był pewien, że na wyprawę zabieramy psa, bo to, że jedziemy z dzieciakami było dla niego oczywiste. Jak można wnioskować z poniższego zdjęcia Islandia naszemu pupilowi mogłaby się spodobać. Zniósłby pewnie nawet długą podróż, ale niestety (z zapasem karmy) zajmuje zbyt dużo miejsca...

pies Belzebub

1 marca 2011

W ostatnich dniach zmogła mnie grypa i – ponieważ nie nadaję się do pracy zawodowej - mam więcej czasu na planowanie i organizowanie wyprawy. Pewnie to chorobowe dreszcze spowodowały, że w pierwszej kolejności pomyślałem o ciepłych ubraniach i lekarstwach...

Zacząłem więc od kontaktu z właścicielem marki „Brubeck”. Interesuje mnie ich odzież termoaktywna.

Zwróciłem się też do sieci aptek „Dbam o zdrowie”, licząc na pomoc w solidnym wyposażeniu apteczki. Co z tego wyjdzie – zobaczymy.

Podczas rozmów uświadomiłem sobie, że aby pozyskiwać wsparcie, muszę zapewnić naszej wyprawie nieco rozgłosu. To sprawa zasadnicza dla potencjalnych sponsorów. Sprawozdanie z wyprawy powinno być opublikowane w możliwie największej ilości miejsc... Przedstawiłem więc nasze wyprawowe plany wydawcy magazynu „off-road.pl”. Zobaczmy czy zechcą nam udzielić patronatu medialnego i opublikować relację.

30 marca 2011

Wolno, bo wolno, lecz sukcesywnie przygotowania do wyprawy pchamy dalej.

Udało mi się kupić skrzynie wyprawowe z demobilu z Bundheswery. Dwie duże i cztery małe. Kto używał tych skrzyń, wie jak to fajny sprzęt. Cieszę się z tego ogromnie, bo to towar deficytowy. Szukałem ich od ponad pół roku... Z pomocą w przyszedł Wojtek Bednarczyk (dzięki!).

Niestety okazało się, że nie bardzo pasują do bagażnika „Up” w moim Disco. Jest więc do rozwiązania pierwszy problem „techniczny”...

Kupiłem też oponę, bo zdecydowałem się bowiem zabrać dodatkową, niezależnie od standardowego koła zapasowego. Co prawda, to kawał "grata" zajmującego cenne miejsce, ale zapeni mi poczucie bezpieczeństwa.

Odnotowałem pierwsze w dziedzinie pozyskiwania wsparcia.

Brubeck, jest zainteresowany współpracą. Zadeklarował wyposażenie naszej wyprawy w odzież termoaktywną. Mamy ją „wszechstronnie testować”, ze szczególnym naciskiem na wykorzystanie jej przez dzieciaki. Musimy teraz wybrać rzeczy, które będą nam potrzebne.

Również Off-road.pl pozytywnie zareagował i obiecał objąć naszą wyprawę swym patronatem. W ramach umowy mamy przygotować relację do publikacji w tym magazynie.

Pora więc na przygotowanie loga naszej wyprawy i naklejek na samochody. Tym zajmie się nasza koleżanka Anka Zarudzka, jadąca w składzie drugiej załogi.

5 kwietnia 2011

Dostaliśmy piękną paczkę z odzieżą Brubeck. W paczce było praktycznie wszystko, co uznaliśmy za potrzebne i zgodne z wymiarową specyfikacją. Po przeprowadzeniu przymiarek (wszystkie dziewczyny z radością paradowały przed lustrem – ech ta babska natura...) cały pakiet trafił do szafy, gdzie czeka na swój islandzki czas. Dziękujemy Brubeck!

W paczce znaleźliśmy banner reklamowy i nalepy. Mają być widoczne na fotkach z wyprawy... Uświadomiłem sobie, że „żarty się skończyły” – teraz mamy już zobowiązania i wyprawa musi się odbyć!

10 kwietnia 2011

Zrobiło się cieplej, więc pora brać się za samochód. Zacząłem od teoretycznej listy rzeczy do zrobienia.

Oto ona:

  1. przegląd skrzyni biegów, reduktora i dyfra,
  2. rozmieszczenie punktów poboru prądu 12V i jednego 220V,
  3. ucywilizowanie zderzaka tylnego – ucierpiał w czasie jednego z wyjazdów do Rumunii, a na trasie przez Niemcy nie chcę mieć kłopotów z Panami w białych czapkach,
  4. zamontowanie świateł roboczych po bokach – niech stanie się jasność pod plandeką – jak już ja rozłożymy,
  5. zlikwidowanie ocierania lewego, przedniego koła o nadkole – poszerzenie wycięcia,
  6. wykoncypowanie mocowań w nogach pasażera w celu trzymania całej masy „niezbędnych rzeczy”, takich jak: termosy, kanapki, książki, mapy, chusteczki i „żyg – torby”.

Generalnie to nic skomplikowanego.

Sprawy mechaniczne i elektryczne to robota dla fachowca, którego muszę poszukać. Ze zderzakiem spodziewam się kłopotu, bo jakoś się tak zrobiło, że tylny zderzak do Disco I, to towar deficytowy.

Reszta, to kwestia samodzielnego dłubania przy sprzęcie. Tylko czy znajdę czas?

22 kwietnia 2011

„Pchamy wózek dalej” i odnotowujemy kolejny sukces w pozyskiwaniu wsparcia.

Apteki „Dbam o Zdrowie” potwierdziły zainteresowanie współpracą i zadeklarowały dostarczenie potrzebnych medykamentów. Ich zestaw pomógł nam ustalić Sebastian z Off Road Rescue Team (Jarosław S. Kuc, dla znajomych Sebastian) – serdeczne dzięki! Kierowaliśmy się przy tym, przede wszystkim, zabezpieczeniem dzieci na wszelkie możliwe problemy. Teraz czekam z niecierpliwością na informacje czy dostaniemy wszystko, co wypisaliśmy na liście.

.6 maja 2011

Czas zabrać się za przygotowania techniczne. Nasz nazywany LR zwany „Jeżowozem” jest już troszkę „objeżdżony” i nie musimy uzbrajać go od początku. Szczególnie dumny jestem z zawieszenia i układu przeniesienia napędu. Landek ma świetne przełożenia i doskonałe, progresywne sprężyny. To zasługa pana Romana Puczyńskiego, który wszystko nam dobrał i zamontował – wielkie dzięki panie Romku!

Zdecydowałem jednak zrobić dokładny przegląd i ponaprawiać lub poulepszać wszystko, co się posypało albo nie sprawdziło w praktyce. Prawdę mówiąc takich „upierdliwych drobiazgów” wcale nie jest mało, bo zawsze brakowało na nie czasu i nie było motywacji. Poza tym, jakoś wyjątkowo przychodziło mi przyzwyczajanie się do nich, a nawet traktowanie ich jako pewien „smaczek” jazdy terenówką...

Na pierwszy ogień poszło mocowanie hi-lifta. Nieoceniony Roman Puczyński wykoncypował i, co ważniejsze, doskonale wykonał mocowanie na bagażniku dachowym. Umiejscowione jest z tyłu auta i zapewnia bardzo łatwy dostęp. Jedyną niedogodnością jest konieczność posiadania klucza. Oczywiście zastosowana została samohamowna nakrętka, aby uniknąć samoczynnego okręcania wskutek drgań podczas jazdy.

W drugiej kolejności padło na świeżo zakupione skrzynki z demobilu z Bundeswhery. Mam ich cztery dwie „duże” i dwie „średnie”. Okazało się, że duże idealnie pasują do konstrukcji bagażnika i wystarczą taśmy z „grzechotką” do mocowania ładunku. Do średnich potrzebna była dodatkowa konsrtukcja. Wykonałem ją samodzielnie z aluminiowego płaskownika o grubości 3 mm i dwóch „cybantów” starając się uniknąć wiercenia dziur w bagażniku. Do tego także taśma do mocowania ładunku i gotowe!

Kolejna sprawa to rozprowadzenie prądu. Na pokładzie mamy fabryczne jedno gniazdo 12V. Ponieważ będziemy jechać z GPS-em oraz powinniśmy mieć dostęp do ładowania telefonu lub innych sprzętów, to uznałem, że przydadzą się jeszcze dwa gniazda z przodu. Dodatkowo zaplanowałem jeszcze jedno przed tylnym rzędem siedzeń, aby dzieciakom móc podłączyć jakiś sprzęt video oraz ostatnie w bagażniku. To zadanie powierzyliśmy Mariuszowi Milewskiemu z maramuresz.com.pl powszechnie znanego jako Czesław.

Przy okazji zamówiliśmy też przegląd i konserwację wyciągarki oraz montaż dodatkowego, bocznego oświetlenia i przetwornicy.

Jeśli chodzi o wyciągarkę, to mam nadzieję, że nie będzie potrzebna na Islandii, ale głupio byłoby wozić tak daleko tyle niesprawnego żelastwa... Boczne oświetlenie z kolei (a dokładniej: małe punkty świetlne), wynika z planów obozowania pod plandeką rozpiętą między dwoma samochodami. Będzie więc z pewnością przydatne.

Przetwornica da nam szanse korzystać z urządzeń na normalne „domowe” napięcie. Pomimo, że jak mówi teoria, przetwornica powinna być montowana możliwie blisko akumulatora, aby kable zasilające były jak najkrótsze, Czesław zarekomendował zamocowanie na kracie z tyłu pojazdu i zastosowanie grubszych kabli. Zobaczymy jak to będzie działać. Mam nadzieję, ze OK.

Poprosiłem jeszcze Czesława o przejrzenie dyfrów, reduktora, skrzyni biegów itp. Zobaczymy jak się sprawy będą miały...

No i jeszcze sprawa zderzaka, mocno już „historyczna”.

Jakiś czas temu w Rumunii, w akcji ratunkowej naszego LR ktoś (niestety nie pamiętam, jak się kolega nazywał) tak skutecznie nas asekurował, że pożegnaliśmy się prawą maskowicą zderzaka... Prawdę mówiąc tylko trochę było żal, bo groziła nam prawdziwa „rolka”. Potem Aśka cofając próbowała przesunąć pewną rampę załadowczą i zderzak się trochę pozginał... Tego też nie bardzo żal, bo Aśka już wie, że rampy nie da się przepchać...

Choć moim zdaniem ten uszkodzony zderzak zdobi naszego Landka, jak blizny ciało prawdziwego mężczyzny (tak usprawiedliwiam moje lenistwo), to przed wyjazdem „na Zachód” muszę go „ucywilizować”. Niestety sprawa nie jest tak prosta jak kiedyś bywało; zderzaki do Dsico I nie zalegają już półek w magazynach i nie łatwo je kupić. Na szczęście jest Czesław. Zobaczymy co wykombinuje...

9 maja 2011

Zadzwonił Czesław. Czekałem na tania propozycję naprawy zderzaka. Tymczasem, poinformował mnie, że własie był „pod samochodem” i do wymiany są natychmiast: przedni wał, chłodnica, przewody olejowe i krzyżaki.

Podczas szacunku kosztów powyższego, złośliwa podświadomość przypomniała mi radę Wojtka Bednarczyka. „Leć na Islandię samolotem” – mówił – „a tam wynajmij auto. Zaoszczędzisz na benzynie, na promie, na szykowaniu auta i nie będziesz się przejmował awariami. Na dodatek więcej czasu będziesz mógł być poświęcić na zwiedzanie wyspy, bo nie stracisz go na dojazd i powrót”.

12 maja 2011

Mamy już plan trasy. Na mapie wyszła z taka spłaszczona ósemka. Dwa razy przemierzamy wzdłuż interior i odwiedzamy praktycznie wszystkie ciekawe zakątki Islandii. W sumie z planu wychodzi, że przejedziemy ponad 2,5 tys. km.

Zapowiada się ciekawie.

mapka

14 maja 2011

Mój kolega, który jest wykładowcą na wydziale Prawa Uniwersytetu Łódzkiego powiedział, że zna studenta z Islandii - Gunnara, który wydaje się być całkiem przytomnym facetem i jeżeli chcemy, to może nas skontaktować!! Oczywiście, że chcemy!! Dostaliśmy namiary mailowe i umówiliśmy się na spotkanie.

Podczas niego zdradziliśmy Gunnarowi nasze największe obawy związane z jazdą przez interior, a właściwie z ewentualnymi noclegami podczas takiej podróży. Gunnar uspokoił nas; według niego droga, która wybraliśmy jest przejezdna nawet dla uterenowionej RAV4 (z pominięciem brodów) i jest na tyle uczęszczana, ze praktycznie nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Co do noclegów, to wszystko wyjaśnia islandzkie przysłowie: „nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie”. Ponieważ mamy ciepłą odzież Brubecka, więc nie powinniśmy się martwić.

Gunnar dodatkowo przekazał nam istotna informację, że trudne brody na Islandii najlepiej przekraczać rano, bowiem woda w rzekach pochodzi głownie z topniejących lodowców, a wiadomo, że w nocy topnieją wolnej. Niby logiczne, ale sami nie wpadlibyśmy na to.

Niezależnie od spotkania z Gunnarem poszukałem kontaktów internetowych, aby sprawdzić kwestie przejazdu przez interior. Namierzyłem stronę www.highlander.is gdzie wysłałem zapytanie z ich formularza. Ku mojemu zaskoczeniu odezwał się do mnie Oli szczegółowo odpowiadając na moje pytania wraz praktycznym opisem trasy i tym na co i na którym kilometrze trzeba uważać. Na podstawie jego relacji przejazd przez interior można podsumować tak: jeżeli Islandczyk ma więcej czasu niż pieniędzy, czyli jakieś siedem godzin, to może skoczyć samochodem przez interior po bułki.

18 maja 2011

Trasa uległa niewielkiej modyfikacji. Jak się dowiedzieliśmy, południowa droga przez interior jest nieprzejezdna, a może dokładniej: nie ma już tej drogi.

Dodatkowo Anka i Piotrek musieli zweryfikować logistykę swojej części wyprawy na Jan Mayen i okazuje się, że na początku pojedziemy sami asfaltową „Jedynką” po południowej części Islandii, aby spotkać się z nimi w Reykjawiku, jedziemy na górę i wjeżdżamy w interior, aby dotrzeć do drogi F26. Czyli zrobimy trasę tę samą lecz od drugiej strony.

Ta modyfikacja może wyjść nawet na dobre, bo zobaczymy przepiękną lagunę spadających lodowców, koło miejscowości Hof, na południu Islandii.

4 czerwca 2011

Wolniutko bo wolniutko, ale zdecydowanie w tym samym kierunku. Krok za krokiem. Kolejne zakupy, kolejne sukcesy językowe - Aśka kupiła w islandzkiej księgarni, po islandzku szczegółowe mapy wyspy - oraz dalsza aprowizacja. Mamy naszykowaną apteczkę DOZ S.A. (Apteki Dbam O Zdrowie), która pod koniec czerwca będzie do odbioru. Dzisiaj też przyszła wiadomość od Anki, że są gotowe naklejki i plakaty. Niebawem będziemy je mieli u siebie.

10 czerwca 2011

Mamy już plakaty i naklejki. Teraz tylko czekamy jeszcze na przesłanie koszulek. Takie pamiątkowe gadgety są przydatne, w szczególności, gdy po powrocie przegrzebując szafę natrafisz na taką koszulkę - wspomnienia wracają.

16 czerwca 2011

Mamy samochód. Członek rodziny powrócił.

Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, więc dzieciaki już spały. Rano nastąpiła erupcja radości i skoków. Nie miałem pojęcia, jak bardzo małe dzieciaki mogą się cieszyć z posiadania dzielnego LR.

Atak nastąpił niespodziewany; najpierw Zośka rzuciła się do przedniego fotela, a Hanka osłaniała flankę. Wskutek kolejnego manewru taktycznego, to Hanka znalazła się na drugim, przednim siedzeniu i już obydwie wyruszały w podróż marzeń.

Postanowiliśmy więc wyruszyć. Na razie na krótką przejażdżkę. Jedziemy na Boże Ciało w Bory Tucholskie. To będzie sprawdzian przelotowy dla LR oraz dla nas pod względem biwakowo – turystycznym.

23-25 czerwca 2011

Wypad zweryfikował nasze przygotowanie. Zweryfikował pozytywnie i negatywnie za razem.

Już od pierwszego dnia przywitała nas ulewa i mocny wiatr. Na miejsce przyjechaliśmy po południu i od razu zabraliśmy się do ustawiania obozowiska. Cel był prosty: przygotować wszystko tak, jak będziemy robić w trakcie wyjazdu na ISL.

Obozowisko składać się ma z dwóch zasadniczych elementów: namiotu i samochodu, a na górze plandeka. Dodatkowo położyłem podłogę, czyli plandekę z Castoramy – czarną, żeby ukryć brud. Instalacja sprzętów przebiegła bez problemów, bo i wszystkie elementy mieliśmy już wcześniej przetestowane. Wszystkie, poza najważniejszym elementem obozowiska – dzieciakami.

Namiot rozstawiony, LR zaparkowany, plandeka rozciągnięta… można oddać się błogiemu lenistwu i spijaniu darów bożych, soczków różnego rodzaju. Lecz gotcy Bogowie nie pozwolili nam długo odpoczywać – lunął deszcz i trzeba było chwycić za łopatę aby okopać namiot. Radości było co niemiara, w szczególności rozbawione były Zosia i Hania. Udało się jednak odprowadzić strugi wody poza nasz „dom z wielbłądziej skóry” – jak pisał wieszcz.

obóz 1

obóz 2

Po nocy okupionej kuksańcami, kopniakami oraz dziurawym materacem, powitało nas piękne słońce, które jak tylko wyczołgaliśmy się z namiotu schowało się za chmurami. Ale nie daliśmy się lekko kropiącemu deszczowi i wyruszyliśmy na trasę spacerową, przygotowaną dla użytkowników Skody Yeti. Nie było mocnych wrażeń przeprawowych, ale za to mieliśmy okazję oglądać bardzo ładne widoczki, które dla użytkowników zwykłych SUV-ów z pewnością głęboko zapadały w pamięć.

W trakcie naszej wycieczki zadbaliśmy również o przyjemności „młodzieży” – trudy podróżowania zostały okraszone słodkościami. Gofry zawsze obłaskawiają rozwydrzone dzieciaki.

gofry

Potem udaliśmy się w dalszą część wyjazdu. Przejazd pozwolił nam na zweryfikowanie przygotowania zarówno naszego sprzętu biwakowego jak i samochodu. Okazało się, że musimy wprowadzić jeszcze kilka poprawek w LR oraz należy kupić nowy, większy namiot, bo nie możemy się pomieścić w czwórkę, nawet małą czwórkę, w namiocie na 3 osoby.

26 czerwca 2011

Przed wyjazdem zrobiliśmy listę ostatnich rzeczy jakie mamy do przygotowania i zrobienia. Czasu jest co raz mniej. Po drodze do portu w Danii będziemy nocować na kempingach i trzeba to jeszcze wszystko zaplanować. Mam już plan przejazdu. Będzie się on pokrywał z naszą trasą z zeszłorocznych wakacji, kiedy to przemierzyliśmy trasę od Morza Północnego do Bałtyku.

28 czerwca 2011

Zaskoczenie było wielkie, kiedy w drodze powrotnej z wypadu w Bory Tucholskie, okazało się, że świeżo zamontowana przetwornica nie potrafi nic innego jak tylko mrugać zielono-czerwonym okiem.

Co prawda przetwornica to nie najważniejszy element samochodu i można się bez niej obejść, lecz irytujące jest to, że miała działać, a nie działa.

Telefon do przyjaciela, chwila zastanawiania i rada – spróbuj z innym sprzętem. Jakież to odkrywcze. Że też sam na to nie wpadłem. Rączo pomknąłem po inną ładowarkę z zupełnie innymi bateriami, a dla pewności uzbroiłem się w zupełnie inny laptop. I co? I mnie również zaczęło mrugać oczko, "lecz niestety nie na zielono, tylko na zielono-czerwono". Po kilku telefonach to-tu-to-tam okazało się że mam pecha i moja piękna przetwornica nie chce działać akurat z tymi prostownikami. Wystarczyło kupić prostą przetwornice w sklepie z elektroniką u znajomego (a przetwornica nie musi być koniecznie „dedykowana 4x4”) i jakaż była moja radość, gdy powitało mnie światło zielonej diody i symbol ładowania. Problem rozwiązany!

6 lipca 2011

Już za cztery dni ruszamy. Jutro przymiarka do pakowania. Ładujemy pierwsze rzeczy turystyczno-biwakowe oraz części zamienne, w jakie wyposażył nas Czesław (dzięki Czesiu!!).

Dzisiaj mamy też drugi sukces. Odebrałem aprowizację z DOZ S.A. Mamy praktycznie wszystko, co nam się może przydać, gdy (odpukać) będziemy mieli jakąś kontuzję lub wypadek. Dziękujemy ODZ. leki 1

leki 2

Te paczki oficjalnie rozpoczynają akcję PAKOWANIE!!

7 lipca 2011

Nasz samochód jest doświadczonym sprzętem i był z nami w różnych sytuacjach. Podczas jednego z wyjazdów tak się jakoś niefortunnie złożyło, że stracił kolega tylne chlapacze. Jest to popularna przypadłość wielu samochodów trenowanych. Nie mniej, raz nam się zdarzyło, że Pan Stróż Porządku i Praworządności w niewybrednych słowach zwrócił nam uwagę na uszczuplenie wyposażenia o – właśnie rzeczone – chlapacze. Ponieważ będziemy poruszać się po drogach będących pod kuratelą nieprzejednanych Panów w Zielonym postanowiłem uniknąć kłopotów. Samodzielnie przygotowałem dwie sztuki chlapaczy. Nawet zastanawiam się, czy nie przejść na zawodowstwo!

Sprzęt został przetestowany i działa!!

chlapacy

8 lipca 2011

Już jutro ruszamy.

Z dzieciaczkami to jest tak jakoś dziwnie, że chorują w najmniej odpowiednim momencie. Nasze dziewczyny zawsze, gdy wyjeżdżamy sa powodem dodatkowej akcji „bolące gardło i spuchnięte migdały”. Odkryliśmy, że przyczyną jest oczekiwaniem na wyjazd. Tym razem więc postanowiliśmy przechytrzyć nasze latorośla i wysłaliśmy je na czas pakowania do dziadków. Metoda, choć na pozór zupełnie nieracjionala, sprawdziła się - dzieciaki wróciły i wszystko jest OK.

Pakowanie się rozpoczęło od potężnych zakupów. Lista była długa więc i rachunek do najkrótszych nie należał. Dodatkowo stanowiliśmy osobisty rekord kasjera w hipermarkecie.

rachunek

rachunek

 

Pozdrawiamy miłego Pana z kasy i mamy nadzieję, że będzie śledził naszą relację tak jak obiecywał.

Po powrocie do domu rozpoczęliśmy pakowanie. Poszło nam to zadziwiająco szybko, bo w ciągu paru godzin mieliśmy spakowane wszystkie torby i skrzynki, a następnie załadowane do auta.

Pospinanie wszystkiego zajęło mi trochę czasu i kiedy Aśka odwoziła Belziego do naszych przyjaciół pod Lutomierskiem do psiego hotelu Urwis, ja walczyłem z zapinaniem sznurków. Wszystko się udało i samochód został spakowany.

pakowanie 1

pakowanie 2

Teraz tylko trzeba trzymać kciuki za nasz wyjazd, a w szczególności za Dziewczyny i naszego dzielnego LR.

gotowy samochód

9 lipca 2011

Kilka toreb, bidony z wodą, kluczyk, stacyjka, miły pomruk silnika i jeszcze tylko tradycyjne zdjęcia na odjazd i w drogę.

Od samego rana słyszeliśmy w radiu, że autostrada na Poznań jest zablokowana na wysokości Konina. Okazało się, że dzielne służby ratownicze dały już radę i mogliśmy bez przeszkód pomknąć z oszałamiającą prędkością 100 km/h. Jeszcze przed Poznaniem trzeba było się zatrzymać: jedzenie- picie – siusianie, czyli nic nowego dla podróżujących z dziećmi.

Rozprostowaliśmy nogi i poznaliśmy dwóch motocyklistów z Końskich (chyba z drużyny Czarna Flota – Końskie). Pozdrawiamy serdecznie.

Dalsza droga przeszła bez większych przygód. Przejazd przez granicę odbyliśmy w Kostrzyniu nad Odrą i chyba po raz pierwszy udało mi się wjechać do Niemiec inną drogą niż autostrada. Mijaliśmy małe uśpione poNRD-owskie miasteczka, gdzie olbrzymie kwoty euro dokonały cudnego przeobrażenia - lecz jak przypuszczam – przeobrażenia powierzchownego. Częsty widokiem była gromada degustatorów sklepowych oraz opuszczone (acz wyremontowane) domy.

Bardzo mocną stroną i godną polecenia są lasy po drugiej stronie Odry. Miałem wrażenie, że są one gęstsze i bardziej nienaruszone niż w Polsce. Koła LR się ładnie kręciły, wiec im nie przeszkadzaliśmy. Pod koniec dnia dotarliśmy na kemping w miejscowości Rheiensberg. Po całym dniu upału (a trzeba wiedzieć, że nasz LR nie posiada klimatyzacji) i przepocenia z lubością pomyśleliśmy o zimnym piwku… lecz piwko mieliśmy ze sobą, więc było ciepłe. Nie mniej i tak smakowało bosko.

Po rozłożeniu obozowiska nadciągnęła niespodziewana i w żaden sposób nieprzewidziana katastrofa. Okazało się, że obydwa nowe materace Coleman kupione specjalnie na ten wyjazd są dziurawe. Na szczęście jeden jest dwuosobowy (i dwukomorowy), wiec Zośka i Hanka mogły spać wygodnie. Postanowiliśmy kolejny dzień rozpocząć od poszukiwań sklepu sportowego.

10 lipca 2011

Piękna pogoda zachęciła nas do sprawnego zawinięcia się i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kłopot ze zwinięciem namiotu. Ponieważ jest to również nowy nabytek, bo jak pisałem wcześniej, nasza stara i sprawdzona Quechua okazałą się za mała dla naszej czwórki, więc złożenie wymagało pewnego zastanowienia. Zeszło około 30 minut na widowiskowych zmaganiach, aby się przekonać, że trudność ze złożeniem namiotu wynikała z tego, że Hania zostawiła w jego kieszeni swój bidon z wodą. Ale udało się pokonać tę przeszkodę i zebraliśmy oklaski o zgromadzonej publiki.

Wyruszyliśmy dalej na północ.

Wjechaliśmy na półwysep Jutlandzki, a przecinając Kanał Kiloński mieliśmy szczęście zobaczyć trzy masowce majestatycznie sunące w stronę Morza Północnego. Hanka i Zośka przykleiły nosy do szyby i zaniemówiły z wrażenia. Jeżeli ktoś nie miał okazji widzieć czegoś takiego - warto na chwilę stanąć nad kanałem i poczekać.

Dania jest nudna. Nic się nie dzieje. Droga prosta i gładka jak stół. Średnia wysokość, na jakiej się znajdowaliśmy to 5-15 m n.p.m, a w niektórych miejscach byliśmy poniżej poziomu morza. W zeszłym roku byliśmy na takiej małej objazdówce od Morza Północnego do Szczecina i wiedzieliśmy już, gdzie należy szukać noclegu. Niezawodnie trzeba udać się na plaże Morza Północnego. Trudno sobie wyobrazić plażę, która ma do 600 m szerokości i ciągnie się praktycznie nieprzerwanie przez kilkadziesiąt kilometrów. Dodatkowo ciekawe jest to, że po duńskich plażach na niektórych odcinkach można jeździć samochodem. Polecamy plaże koło Oksbol.

Mieliśmy pomysł nocowania na plaży, lecz niestety od południa nadciągały ciężkie chmury i zaczynał wiać bardzo mocny wiatr. Obawialiśmy się, że niespodziewanie spadnie deszcz i morze nie będzie tak przyjazne, jak to teraz wyglądało. Wybraliśmy kemping. Jak się okazało, wybór był trafny. Przede wszystkim ze względu na dziewczyny. Kemping oferował dla dzieci dobrze wyposażony i ciekawy plac zabaw. Każdy, kto podróżuje z dzieciakami wie, że nie ma nic gorszego niż znudzone i zmęczone dzieci. Zmęczone i wybiegane dzieci natomiast to błogosławieństwo – szybko i bezproblemowo zasypiają, a rodzice mają czas na miłą herbatkę i piwko. Tym razem zimne.

11 lipca 2011

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w sklepie sportowym w poszukiwaniu materacy. Trafiliśmy na bardzo miłą panią, która od razu zrozumiała, o jakie przeznaczenie materaca nam chodzi i że ciężar właściwie nie ma znaczenia. Zaproponowała nam materace „oldskulowe”, które są produkowane w Danii (u nas już takich nie ma, bo są niepopularne) nieprzerwanie od 40 lat. Pewnie każdy z nas (jeżeli ma więcej niż 25 lat) pamięta niebiesko – czerwone materace składające się z dwóch większych części i poduszki, które oprócz tego, że strasznie śmierdziały gumą i były okropnie ciężkie, to były nie do zdarcia. Jedyny problem to to, że niestety, na nasz namiot jeden materac to zdecydowanie za mało, a dwa to trochę za dużo. W sklepie były oczywiście też takie materace nowoczesne, lecz nowoczesne jak się okazało – łatwo pękają.

Kupiliśmy więc dwa materace „starej szkoły” i będziemy kombinować, jak tu sobie dać dalej radę przy rozkładaniu ich w namiocie.

Są różne koncepcje. Zbuchtować jeden do połowy, nie do końca napompować i złożyć materac na pół, albo położyć na zakładkę. Zobaczymy.

Dalsza część trasy pozwoliła nam dobitnie przekonać się, że Dania jest krajem urokliwym, lecz o niebywale nudnym krajobrazie. Pusto, prosto, około poziomu morza. Nuda. Prześliczne natomiast są plaże i możliwość obozowania na nich. Nie jest to co prawda legalne, lecz prawdopodobieństwo, tego że zostalibyśmy złapani przez policję graniczy z cudem. Nam jednak nie było znów dane nocowanie na plaży. Nie mniej w trakcie rekonesansu podjechaliśmy do portu, aby zobaczyć, jak to robią inni.

Wiatr skutecznie uniemożliwiał rozłożenie namiotu, a towarzystwo naszych dzielnych małych podróżników powodowało, że perspektywa obozowania w warunkach plażowych nie przekonywała. Dodatkowo jutro rano musimy wstać skoro świt i stanąć w kolejce do odprawy promowej. Ale nasz plan na przyszłość będzie wiązał się z uzbrojeniem stosownego podwozia terenowego w miły i przytulny, a co najważniejsze, funkcjonalny dom. My też chcemy zostawiać dla innych takie ślady.

Dzisiaj idziemy wcześniej spać.

12 lipca 2011

Na 57° szerokości północnej, o tej porze roku chyba słońce zachodzi na bardzo krótko, bo jak się kładliśmy o 22.00 było jeszcze jasno, a o 5.00 rano już słońce witało nas szerokimi promieniami.

Szybkie śniadanie i kawa w hoteliku, gdzie spaliśmy – nie chcieliśmy ryzykować z pospiesznym składaniem namiotu i klarowaniem obozowisk przed promem – i w drogę.

Nagle w trakcie rozmowy wyniknęła sprawa, że tak naprawdę nie wiemy, jaką wysokość ma samochód. Pomiar zrobiłem, ale tak szczerze mówiąc nie byłem pewien, czy dokładnie. Istota kwestii jest taka, że bilety są sprzedawane w różnych kategoriach dzielonych rozmiarami samochodów (właściwie ich wysokością). My mamy kupiony bilet do wysokości 2,5 m. nie wiem co się dzieje, jak samochód ma więcej niż dopuszcza to jego bilet. W samochodzie zapanowała niezręczna cisza.

Do portu dojechaliśmy bez przeszkód i jak się okazało, wczorajszy rekonesans się opłacił, gdyż bez problemów znaleźliśmy miejsce odprawy, co było również ułatwione przez tabuny terenówek, kamperów, terenowych kamperów (i ujmujących Unimogów) czekających na odprawę. Za chwilę miał nastąpić moment prawdy – pomiar wysokości samochodu. Nerwowa cisza przerywana udawanie spokojnymi i zdawkowymi rozmowami, co oczywiście nie dotyczy tylnego siedzenia – tam nieprzerwanie panował nastrój radosnego poznawania nowych obrazów przesuwających się za oknem i walki o lalkę, bo przecież ta jest zupełnie inna i wyjątkowa niż te wszystkie pozostałe leżące spokojnie w torbie obok.

Podjeżdżamy do punktu odprawy i ustawiamy się w kolorowej kolejce. Powoli przesuwamy się do odprawy i oczywiście stara prawda się sprawdza – „kolejka, w której staniesz będzie najdłuższa”.. Nadchodzi moment prawdy – nad nami wisi czujnik pomiaru wysokości. Aśka z uśmiechem podaje znudzonemu młodemu Duńczykowi bilety, on coś wstukuje w komputer, a na wyświetlaczu… 2,35 m! Udało się !!! - wjeżdżamy na prom.

Lecz wcześniej trzeba swoje odczekać w kolejce. Z brzucha promu muszą zostać rozładowane naczepy cargo i samochody. Czekaliśmy w towarzystwie innych terenówek, w większości spod znaku zielonego jaja. Początkowo nic się nie działo i półtorej godziny praktycznie się nie ruszaliśmy. Niekiedy tylko przeszedł człowiek z obsługi i wyłuskał jakiś samochód, aby przestawić go w inne miejsce. Lecz jak zaczęły już samochody jechać, to w ciągu 40 minut wszyscy byliśmy zapakowani. Wjechaliśmy na drugi poziom, co zostało okupione chwilą stresu i niepewności, gdyż na rampie podjazdowej nagle nasza kolumna się zatrzymała. Wszyscy landroverowcy wiedzą, że ruszanie pod górkę z załadowanym sprzętem to nic przyjemnego. Operacja ładowania przebiegła sprawnie i już po jakiś 15 minutach byliśmy w kabinie. No może nie po 15, bo musieliśmy jeszcze ją odnaleźć, co zajęło troszkę czasu.

Sam prom do największych nie należy, lecz jedno jest pewne – jest to wymarzone miejsce do podróżowania z dziećmi. Dla dzieciaków przygotowane są atrakcje, jest sala zabaw (po łódzku: figloraj), specjalne przedstawienia dla dzieci, a nawet kino.

Teraz czekają nas dwa dni monotonnego płynięcia.

Pogoda jest po naszej stronie. Pierwszego dnia jedynie późno w nocy trochę pobujało. Generalnie nie było tak źle.

13 lipca 2011

Nadal płyniemy. Nic ciekawego się nie wydarzyło.

Kilka obserwacji. Na promie przydaje się zabrać: - grubą książkę, - własne jedzenie śniadaniowo/kolacyjne (konserwy, owoce, chleb), bo jedzenie w kafeterii się mało kalkuluje; nie można natomiast gotować w kabinach, więc z jedzeniem gorącym nie ma wyjścia i trzeba zostawiać płacidło w kafeterii, - czajnik elektryczny, kubki, kawę, herbatę, cukier, - własną poduszkę, bo te promowe są niebywale niewygodne. Na naszym promie połowa ludzi wysiada na Wyspach Owczych. Jestem ciekaw, czy to jest tak, że teraz młodzi ludzie wracają na jakiś czas (na wakacje) do rodziców wraz ze swoim potomstwem? Ciekawe. Nie mniej prom w dużej mierze opustoszał.

Na naszym promie płynie również facet, który jedzie na rowerze dookoła świata – ukradziono mu w Polsce rower. Chyba będzie „robił” Islandię.

Poznaliśmy również kilkoro Polaków, którzy tak jak my jadą na zwiedzanie Islandii. Spotkamy się z pewnością gdzieś po drodze. Dotarła również do nas wiadomość, że w sobotę (9 lipca) wybuchł wulkan Katla i część „jedynki” jest zamknięta. Jak się ułoży nasza trasa – zobaczymy. Jak na razie postanowiliśmy nie planować przejazdu, bo sami nie wiemy jakie drogi będą przejezdne.

Około 15 czasu Wysp Owczych przybiliśmy właśnie na te wyspy. Z oddali wyglądają jak zawieszone w przestrzeni szaro-czarne klocki. W miarę przybliżania się do nich rozpoznawalne stały się kolory i kształty. Wyspy Owcze są przesycone zielenią i wulkanicznymi skałami.

Patrząc na nie z perspektywy statku, wyglądają bardzo interesująco. Przyjazd tutaj samochodem terenowym nie wydaje się ciekawa perspektywą, w odróżnieniu od wyprawy motocyklowej. Ten kierunek jest do przemyślenia.

Teraz czekamy na załadowanie pasażerów z Wysp Owczych i płyniemy dalej. Jutro o 7.00 (czasu islandzkiego) mamy być na miejscu. Na Islandii.

14 lipca 2011

Kabinę trzeba opuścić na dwie godziny przed przybiciem promu do portu Seydisfiördur, co oznaczało, że musimy wstać półtorej godziny wcześniej. Ponieważ na tej szerokości geograficznej mroku praktycznie się nie uświadczy, wstawanie nie było problemem. Rano przywitała nas mgła. Nie było widać nawet morza.

Pomysł z zabraniem własnego prowiantu śniadaniowo/kolacyjnego sprawdził się w 100% właśnie tego ranka. W kafeterii była niesamowita kolejka zaspanych i głodnych ludzi, a my – już pośniadaniu J.

Z mapy drogowej wyświetlanej na tablicy przy recepcji wynikało, że praktycznie wszystkie interesujące nas drogi są otwarte, więc nasz plan przejechania przez Islandię w poprzek znów jest aktywny.

Teraz czekamy na przybicie do portu i możliwość zejścia do samochodu. Wejście do fiordu wygląda zachęcająco.

A dalej Islandia.

Wyjazd z promu odbył się bardzo sprawnie. Po piętnastu minutach od zejścia na pokład samochodowy, pomimo ścisku już byliśmy na zewnątrz.

Teraz tylko nerwowe oczekiwanie – wezmą nas do trzepania, czy też nie. Anka i Piotrek wcześniej powiedzieli nam, że przejechali bez jakichkolwiek problemów, więc byliśmy pełni nadziei. Oprócz tego, że mieliśmy troszkę za dużo jedzenia, to strasznie nie chciało nam się rozpakowywać samochodu i naszych rzeczy. Przed nami jechała poznana na promie ekipa ze Szczecina (Suza Vitara) oraz jeden bus na blachach z Krakowa. Obydwa poszły do hangaru. Pełni złych przeczuć przesuwamy się do przodu. Celnik machnął tylko ręką i bez dłuższego namysłu kazał nam jechać dalej. Udało się! Jesteśmy na Islandii!!

Jedziemy „jedynką” na południe, aby w ciągu kolejnych trzech dni dostać się do Reykjaviku na spotkanie z Anką i z Piotrem. Początkowo towarzyszy nam wspaniała pogoda, lecz jak tylko żegnamy przytulny port wpadamy w objęcia czarnych chmur, które nie chcą się z nami rozstać aż do końca dnia.

Droga jest bardzo ciekawa i nie pozbawiona ciekawych widoków (pomimo ciężkich chmur). Tak około 13 udaje nam się znaleźć przytulny kemping. Ponieważ jest wcześnie, zostawiamy namiot (rozstawiony) i jedziemy dalej w poszukiwaniu Vatnajökull (lodowiec) oraz podobno urokliwej laguny pływających gór lodowych. Tylko dzięki bystremu oku Zosi udaje nam się namierzyć lodowiec.

Ten widok zrobił na nas wielkie wrażenie. Ogrom lodu i mnogość kształtów zapierał dech w piersiach. Nie wiemy, czy to gorące źródła, czy też różnica temperatur powodowała, że okoliczne wniesienia były pokryte oparami mgły. Pomimo silnego obłożenia chmurami, na ten moment kiedy oglądaliśmy lodowiec przez chmury przebiło się słońce i oświetliło scenerię. Zostaliśmy tam trochę, lecz czas biegł nieubłaganie, a przed nami jeszcze około 70 km do laguny lodowej. A więc w drogę. Przejazd nie należał do najciekawszych. Droga skąpana we mgle i w deszczu ciągnęła się monotonnie, lecz widok łamiących się gór lodowych, które nie tak dawno oderwały się od lodowca był dobrą nagrodą.

(zdjęcie robione z auta, bo lało jak z cebra)

Teraz już czas na powrót i pierwszy nocleg na Islandii. Wybór padł na miejscowość Höfn. Nadchodzi próba odzieży termicznej Brubeck , jaka również naszych nowych „oldskulowych” materacy z Danii. Zarówno za ciuchy, jak i za materace trzymamy bardzo mocno kciuki.

15 lipca 2011

Poranek przywitał nas zimnem i deszczem. Nastroje były niezbyt optymistyczne. Z pewnym ociąganiem się zwinęliśmy obóz i w strugach deszczu ruszyliśmy dalej. Pozytywnym aspektem tej nocy było to, że ciuchy Brubecka się sprawdziły oraz, że nasze super „oldskulowe” materace bardzo ładnie izolowały od ziemi. Można więc powiedzieć, że ciuchy Brubecka uratowały nasze t**ki.

Pojechaliśmy dalej „jedynką”. Po drodze widzieliśmy kilka bardzo ładnych widoczków. Udało nam się podjechać do podnóża jednego z jęzorów Vatnajökull i spokojnie pochłonąć jedną z naszych licznych zupek. Po przejechaniu ponad 100 km wjechaliśmy w coś jakby inny świat. Po prawej stronie mieliśmy wypiętrzające się na ponad 300 m klify zwietrzałej lawy, urywające się stromo, tworzące gigantyczne stożki piargowe, a po lewej stronie roztaczał się postapokaliptyczny obraz równiny ciągnącej się przez kilka dobrych kilometrów aż do Oceanu Atlantyckiego. Ten płaski obszar to swego rodzaju wybieg dla wód lodowca. Gigantyczna przestrzeń ograniczona z jednej strony wysokimi klifami, a z drugiej horyzontem. O sile tego lodowca niech świadczy tylko to, że w 1997 roku wody spod niego uwolnione przez erupcję wulkanu spowodowały potężną powódź i zmiotły most. Ten element został na pamiątkę.

Po kolejnych kilkunastu kilometrach skręciliśmy w drogę F208 i zaczęliśmy wspinać się malowniczą górską ścieżką, która, po prawdzie, w niektórych miejscach rozszerzała się do rozmiarów poważnej litewskiej szutrówki. Dookoła rozpościerały się niezapomniane widoki wulkanów, zastygłej i porosłej niską roślinnością lawy oraz krystalicznie czystych strumieni.

Co jakiś czas przejeżdżaliśmy przez te strumienie. Dwa razy woda wlała nam się na maskę. Mijając typowe islandzkie samochody turystyczne czuliśmy się w naszym LR jak w samochodzie zabawkowym. W Polsce spotkałem zaledwie kilka aut na takich gumach (42’’ i więcej) podczas gdy tutaj jest to standard. Ale my i tak dawaliśmy sobie dzielnie radę.

Trasa była zapierająca dech w piersiach, tak jak wjazd na kemping. Trzeba było się przedostać przez rwący strumień i uważać co by się auto nie utopiło. Nasze dziewczyny tylko co jakiś czas krzyczały z radości – no chyba że właśnie spały.

Dojechaliśmy do Landmannalaugar. Kemping rozczarował. Kawałek podmokłego placu z niedbałym zapleczem i strasznie dużo bez przerwy jeżdżących ciężkich aut powodowało, że liczyliśmy godziny do poranka i wyruszenia w dalszą podróż.

16 lipca 2011

Zebranie się z kempingu zajęło nam trochę czasu, gdyż nagle przyjechało kilka dużych autobusów i przywiozło dziesiątki zawodników, którzy jak na komendę musieli skorzystać z toalety. To skutecznie zahamowało sprawne zwinięcie naszego obozu i wyruszenie w trasę. W końcu wystartowaliśmy przed 10.30 Kierunek Gullfoss.

Na Islandii również bywają burze piaskowe, o czym mogliśmy się przekonać jadać szeroką doliną wymoszczoną piaskiem i pyłem wulkanicznym. Widok może i monochromatyczny, lecz godny polecenia.

Nie zamierzamy jednak przejechać od tak po prostu asfaltami do tego pięknego miejsca. Aśka wypatrzyła cieniutką dróżkę, która sprytnie skracała drogę. Jednak ta wypraw wymagała uprzedniego zatankowania. Pod korek.

Zatrzymaliśmy się na stacji po środku pustkowia. Przypomniały nam się nasze podróże po USA, gdzie (w szczególności na Zachodnim Wybrzeżu) spotkać można stację zagubioną pośród pustyni z siedzącym na przyzbie właścicielem i strasznie chrzczoną benzyną. Co do zajętości przyzby, to brak obserwacji – bo przyzby nie było, a za to był hotel, a co do paliwa to chyba było OK., bo LR żwawo parł na przód. Sama procedura tankowania również nie różniła się od tej ze Stanów – zostawiasz kasę, tankujesz, a jak zatankujesz mniej – dostajesz resztę, jak więcej, to dopłacasz. Jedyna niedogodność, to konieczność odbywania kilku spacerów do i z kasy.

Dalsza podróż prowadziła prześlicznym szlakiem. Na początku mieliśmy wrażenie, że prowadzi do prywatnego domu, lecz okazało się, że przed bramą zdecydowanie skręca w lewo i wspina się na pobliskie wzgórze. Droga była kamienista i wyboista. To nawet nie była islandzka szutrówka, lecz szlak ugnieciony przez dziesiątki kół – jak można sądzić technicznej obsługi linii wysokiego napięcia, wzdłuż której jechaliśmy. Pierwszym postojem był wodospad Hailfoss. Przepiękny widok i niesamowicie silny wiatr. Można się było na nim położyć.

Kolejne kilometry zrobiliśmy dalej na szlaku przemierzając trakt pod linią wysokiego napięcia. Dojechaliśmy w końcu do Gullfoss. Niech zdjęcia mówią same za siebie.

Potem przyszła kolej na Geysir.

Droga z Gullfoss do miejsca, gdzie wrząca woda wydobywa się z ziemi trwała niewiele, może tyle, że wystarczyło się rozsiąść i zacząć wypatrywać skrętu, aż tu nagle po prawej stronie drogi – nagle – za drzewami, wytrysnęła fontanna wody.

Na niewielkim obszarze znajduje się duża liczba wywierzysk i małych oczek wodnych. Temperatura waha się od 20 stopni do 100. Oczywiście wszystko jest ładnie ogrodzone i poprowadzone są ścieżki, więc nie ma zagrożenia, że ktoś może wpaść do środka. Chyba że bardzo by chciał. Na tym zakończyliśmy naszą podróż na ten dzień i pojechaliśmy do þingvellir – miejsca, w którym (jak podaje przewodnik) narodziła się zarówno Islandia (wyspa), jak i naród islandzki.

17 lipca 2011

Wcześnie rano musieliśmy zerwać się i popędzić pod prysznic, bo na tym kempingu gorąca woda była tylko dla pierwszych kilku osób. Udało się!!

Śniadanie, sprawne pakowanie i w drogą. Co prawda nie mieliśmy daleko, lecz Aśka zdążyła przeczytać o Bingvellir. W tym miejscu rozchodzą się dwie płyty tektoniczne – Euroazjatycka i Pólnocnoamerykańska. Kanion powiększa się o około 7 mm rocznie. W tym też miejscu narodziła się demokracja Islandzka – obradował tam Althing.

Potem pojechaliśmy do Reykjaviku na spotkanie z naszymi przyjaciółmi – Anką i Piotrem. Po drodze odwiedziliśmy mieszczącą się w Reykjaviku willę, gdzie odbywało się słynne spotkanie Gorbaczowa i Reagana w 1986 r. Sam Reykjavik zrobił na nas bardzo miłe wrażenie. Małe ładniutkie miasto. Taka stolica w miniaturze. Godne polecenia. Niestety, ale nie mamy żadnych zdjęć, bo bateria w aparacie nie dała rady – nie polecam kupowania zamienników.

Następnie, już w dwa land rovery pojechaliśmy na północ w stronę Borgarnes. Znaleźliśmy bardzo ładny kemping nad fiordem Borgarfjördur. Namioty ukryliśmy w bukszpanie (ochrona przed wiatrem) i zaszyliśmy się w nich tocząc rozmowy.

Nasza dotychczasowa trasa wygląda następująco:

Po spotkaniu z Anką i Piotrem pojechaliśmy na północ, i tak jak wcześniej sami, szukaliśmy kempingu na chybił-trafił. Wyjazd z Reykjaviku okazała się sprawny i bezproblemowy, bo w to niedzielne popołudnie samochody korkowały się w przeciwnym kierunku.

Pogoda znów nam dopisywała i mogliśmy podziwiać wspaniałe nadmorskie widoki. Wybraliśmy drogę wiodącą przez tunel, co znacznie skróciło drogę i za jedyne 1000 ISK przeprawiliśmy się przez Hvalfjörður. Kemping znaleźliśmy na brzegu. Był porośnięty zadziwiającą (jak na Islandię) liczbą krzewów. Wręcz można powiedzieć, że kemping tonął w zieleni. Gdy rozbiliśmy namioty okazało się, że kemping jest przycupnięty do olbrzymiej i malowniczej za razem góry (N64 31.089 W21 53.544).

Po ogarnięciu zajęć obozowych nie mogliśmy się powstrzymać, nawet pomimo późnej pory, od spaceru brzegiem morza. Szybki rzut oka na mapę pozwolił zweryfikować – to nie jest morze, to najprawdziwszy ocean. Dziewczyny oczywiście na hasło „spacer po plaży” zaczęły nerwowo szukać kostiumów przewracając przy tym sporą część artystycznie wręcz spakowanych toreb. Jak można sobie wyobrazić, Aśka nie była zachwycona. Mimo wszystko udało nam się wytłumaczyć małym podróżniczkom, że kąpiel morska to teraz nie najlepszy pomysł. Jutro czeka nas dalsza część podróży – półwysep Snaefelsnes, czego przedsmakiem był ładny widok na miasteczko Borgarnes rozciągające się po drugiej stronie Borgarfjörður. Jak to zwykle bywa przy pierwszych spotkaniach, siedzieliśmy długo w nocy, więc z pewnością poranek nie będzie należał do najłatwiejszych.

Ja niestrudzenie pisałem pierwszą część relacji, którą udało nam się jeszcze wysłać właśnie z tamtego miejsca.

 

18 lipca 2011

…i rzeczywiście zebranie się z łóżek (naszych przewygodnych materacy) zajęło nam trochę czasu i wysiłku. Lecz daliśmy radę.

Kemping nie oferował wygód. W ofercie była prosta (ale bardzo czysta i zadbana toaleta) oraz kran z zimną wodą, więc poranne procedury higieniczne były nader szybkie i sprawne.

Jeszcze raz okazało się, że bielizna Brubecka uratowała nam t**ki i nie zmarzliśmy. Aśka zakładała pierwszą i drugą warstwę, a ja tylko pierwszą i to pozwalało na komfortowe spanie. Dodatkowo komfort termiczny wzmocniliśmy kocami. Mój ciepły śpiwór (zabrałem go tak na wszelki wypadek) oddałem Zosi, a Hania spała w dwóch śpiworach – swoim i dodatkowo Zosi. Owinięci kocami i zagrzebani w śpiworach spokojnie przespaliśmy noc.

Zwijamy kram i lecimy dalej. Celem jest sam koniec półwyspu Snaefelsnes, gdzie podobno są przepiękne klify i świetny widok na Snaefelsjökull. Po drodze mijamy miasto Borgarnes, które traci na bliższym poznaniu. Ciekawostką jest to, że to właśnie obok tego miasta znajduje się pierwsza osada w Islandii - Borg.

Pierwszym punktem dzisiejszego dnia jest krater Eldborg (N64 46.483 W22 18.148). Jest to wypiętrzenie powstałe na kompletnie płaskim polu, przy czym za kraterem (patrząc na północ) rozciąga się potężny łańcuch górski. To zestawienie przypomina z daleka aplikanta (to właśnie nasz opisywany krater) i komisję egzaminacyjną.

Niestety kazało się, że wejście na ten krater zajmie nam ponad dwie godziny (licząc marsz osób dorosłych), więc taka wyprawa z dwójką dzieciaków zakończyłaby się po jakiś 4 godzinach, co skutecznie powaliłoby nasz plan na dziś. Przewodnik National Geographic zapraszając na wycieczkę nie wspomniał, że konieczne jest dość długie podejście. Tak więc ruszyliśmy dalej w drogę.

Tego dnia znów okropnie wiało, lecz nie było zimno, więc rozwiązaniem okazało się włożenie lekkiej koszulki Brubecka, a na nią naszej „oficjalnej” koszulki wyjazdowej. Taka konfiguracja została z nami już do końca wyprawy.

Następnym punktem były bazaltowe bloki Gerðuberg. Z przewodnika wynikało, że jest to zapierający dech w piersiach widok, lecz na nas nie zrobiło to aż tak dramatycznego wrażenia. Ot ciekawa formacja skalna, a do tego ładnie wyeksponowana, lecz bez zbytnich uniesień jakie można było znaleźć u autora naszego przewodnika NG.

Tego dnia nie mieliśmy szczęścia z naszym przewodnikiem. Kolejny punktem miało być źródło wody, która jest naturalnie gazowana i, jak to wskazywał przewodnik, źródełko to jest oznaczone pomarańczową chorągiewką. Dojechaliśmy do wspomnianego źródełka. Zabraliśmy ze sobą pojemniki na wodę. Piotr nawet zabrał z samochodu duży kanister na wodę i dzielnie dźwigał go przez parę kilometrów drogi, aby zaczerpnąć wody z urokliwego, co prawda, lecz zwykłego wodospadu. Cóż, przynajmniej piękny widok wynagrodził zawód z powodu braku gazowanej wody.

Dalsza droga prowadziła do plaży, na której mają mieć swe legowiska foki. O tym również pisał nasz przewodnik, lecz zostało to potwierdzone przez przemiłe małżeństwo z Zielonej Góry (serdecznie pozdrawiamy), spotkane na kempingu koło þingvellir. Jedziemy więc tam.

Kilkadziesiąt kilometrów szutrami i asfaltem przeleciało w akompaniamencie albumu „Fear of the dark” Iron Maiden. Trzeba było jeszcze znaleźć zjazd na plażę, co wymagało niespodziewanego sprawdzenia, czy układ hamulcowy w naszych LR działa poprawnie, a „goodrisie” nie stracą przyczepności (udało się – zarówno pierwsze, bo układy działały sprawnie, jak i drugie – bo opony nie straciły przyczepności) i po dramatycznej walce z siłą odśrodkową udał nam się zmieścić w ciasnym ściętym i mocno … hmmm interesującym zakręcie w wąski szuter. Jeszcze chwila i byliśmy na plaży.

Aśka zauważyła w oddali wylegujące się foki. Trochę spaceru po kamieniach i wyrzuconych na brzeg suchych i lekko podgniłych wodorostach wraz z ćwiczeniami siłowo – sprawnościowymi

i mogliśmy podziwiać foki.

Pogoda była wyśmienita i lunch na plaży niepokojąco się przeciągnął. Dodatkowo jeszcze doszło leżakowanie na karimatach i w efekcie zrobiło się dość późno. A przed nami jeszcze trochę drogi. Planowaliśmy przedostać się przez półwysep szutrową drogą u podnóża Snaefelsjökull, lecz jak się okazało droga jest nieprzejezdna – zawalona jest przez śnieg.

Dalej się już nie dało.

Trzeba było zawrócić i przejechać jeszcze raz krętą i czasami stromą górską ścieżkę. Tu okazało się, że Defender ma o wiele większe możliwości niż nasze Disco. Kiedy my musieliśmy zapiąć reduktor, Def jeszcze spokojnie i żwawo dawał radę na podjazdach. Wtedy to powstała pierwsza jaskółka kolejnego powodu wizyty w warsztacie – transplantacja istotnych organów z Defa (niekoniecznie tego, który nam towarzyszy J ) do naszej Dyskoteki. Jedziemy dookoła lodowca asfaltem w stronę latarni morskiej.

Jeżeli ktoś już będzie na Islandii, szczerze polecam wycieczkę na koniuszek półwyspu Snaefelsnes. To urokliwe miejsce jest wyłożone grubą i mięsistą trawą, która zdaje się zapraszać do zabawy i baraszkowania. A w tle potężny lodowiec i wulkan Snaefelsjökull.

Szuter prowadzący do latarni był kręty i wymagający, my się o nim dostojnie toczyliśmy, a Anka z Piotrkiem zostawiali tylko pyliste wspomnienie. Po powrocie na asfalt rozpoczęliśmy dramatyczne poszukiwania sklepu dla nas (brak chleba i jabłek) oraz stacji benzynowej dla samochodów. Udało się.

Jedno i drugie znaleźliśmy w tym samym miejscu. Trzeba powiedzieć, że samo znalezienie stacji benzynowej nie załatwia sytuacji, gdyż może się okazać, że działa tylko automatyczny dystrybutor, podczas gdy sklep jest zamknięty.

Trzeba więc robić zakupy najlepiej do godziny 17 - 18.

Dlaczego były nam potrzebne jabłka? Otóż tego dnia Ania miała urodziny i w prezencie postanowiliśmy dać jej nietypowy (jak na warunki polowe) posiłek. Racuchy z jabłkami. Sukces operacji „Racuch” trzeba bezwzględnie przypisać Aśce oraz patelniom pożyczonym od jubilatki. Niestety, nie mieliśmy czasu zrobić zakupów przed wyjazdem (przeprowadzka firmy) i jak się okazało pojechaliśmy bez innych naczyń niż nasze wysłużone menażki. Ale wszystko się udało.

A nawet więcej, bo sprawdzona została (a zrobiłem to na własnej skórze) skuteczność Granufleksu, specyfiku na szybkie gojenie się ran, i jak się okazało, również oparzeń. Niech szczegóły zdarzenia pozostaną słodką tajemnicą uczestników wyprawy, lecz powiedzieć należy, że poparzony kciuk (prawy!!!) już po kilkudziesięciu minutach nie bolał, a następnego dnia został ślad martwej skóry. Nadal mamy nadzieję, że apteczka podarowana przed Apteki Dbam o Zdrowie nie będzie musiała być dalej wykorzystywana.

Opatrywanie, z racji tego, że tylko ja wiedziałem, gdzie co leży, odbywało się na bagażniku naszego samochodu. Tak wiem, co mogą powiedzieć spece od BHP, że to nie jest bezpieczne i higieniczne miejsce, lecz… widok był z tamtego miejsca zapierający dech w piersiach, a i my z dołu wyglądaliśmy ciekawie.

I jak co dzień – wskakujemy w nasze Brubeckowe piżamy (mimo, że producent pewnie nie przewidział ich do takiego zastosowania) i smacznie śpimy w chłodny i zdrowym powietrzu Islandii.

19 lipca 2011

Mamy szczęście – pogoda nadal dopisuje, więc z werwą ruszamy w dalszą część naszej wyprawy. Tym razem wyruszamy dość późno. I nie jest to wcale związane z urodzinowym przyjęciem Anki… J

Dzisiaj przed nami ciekawy odcinek. Będziemy jechać na wschód i zjeżdżać nieco na południe w stronę lodowca Langjökull.

Początkowo jedziemy razem, lecz po kilku kilometrach okazuje się, że Anka i Piotrek nie podzielają naszej chęci (a właściwie w znacznej części mojej) do odwiedzenia muzeum poświęconemu twórcy sag islandzkich Snorriemu Sturlusonowi i postanawiamy się rozdzielić. Defender jedzie w góry, a Disco asfaltem do Reykholt (N64 39.866 W21 17.644).

Anka i Piotrek wybrali się nad jezioro i zmierzyli się z górską drogą. Okazało się jednak, że umiejętności zdobyte w warunkach polskich czy tez rumuńskich nie przydają się na nic więcej jak tylko na odwrót we właściwym momencie. Pomimo że droga zachęcała do podróży i skrabania się w górę, podłoże dawało zdecydowany odpór. Pod kilkunasto centymetrową warstwą kamieni znajdowała się nasiąknięta warstwa miękkiej ziemi złożonej w większości z gruboziarnistego piachu. Nie było mowy o dalszym przebijaniu się do urokliwego jeziora.

Nastąpił kontrolowany odwrót.

Nasza droga do Reykholt mogła być asfaltowa lub ciekawa – wybraliśmy te drugą opcję i jak najszybciej zboczyliśmy z czarnego szlaku na rzecz bardziej wymagającego podłoża. Oczywiście wraz ze zmianą trasy przyszła również zmiana (na lepsze) widoków. Co przyniosło radość.

Jeżeli komuś przyjdzie ochota na odwiedzenie Reykhold i muzeum sag, to … niech poczeka aż ochota mu przejdzie. Muzeum nie zachwyca, a zaprezentowane eksponaty są - łagodnie mówiąc - dość mało interesujące. Najciekawszym elementem muzeum jest ciepłe źródło ujęte w formę wanny w której Snori siadywał ze swoimi przyjaciółmi i opowiadali sagi – które jak należy sądzić później spisywał.

Snorri był całkiem pomysłowym facetem. Aby nie marznąć przekopał tunel, którym po kąpieli zmykał do swego domu. Obecnie jest udostępniona jego część i można kawałek nim się przejść.

O wiele większe wrażenie zrobiła na nas farma zasilana ze źródeł geotermalnych. Serdecznie polecam wizytę w Deildartunguhver (N64 39.786 W21 24.563).

Farma jest położona na olbrzymich złożach geotermalnych, które dosłownie wytryskują na powierzchnię. Ciepłem z wnętrza ziemi zasilane są szklarnie, w których hodowane są małe, lecz smaczne pomidory. Można je kupić po śmiesznie niskich cenach 200 ISK za pięć-sześć sztuk. Duże wrażenie robi spacer między gorącymi źródłami, a w szczególności ścieżką obok źródła wrzącej wody. Miejsce robi niezapomniane wrażenie.

Gorące źródła Deildartunguhver produkują 180 litrów wrzącej wody na sekundę, co daje im pierwszą pozycję w kategorii gorących źródeł na świecie. Potencjał energetyczny tych źródeł to 62 MW.

Obok farmy rozciąga się rozlewisko z gorącą wodą, co sprawia, że dookoła unosi się urokliwa mgła.

Tam też spotkaliśmy się ponownie z załogą Defendera. W trakcie pokonywania górskich ostępów, Defender stracił jeden chlapacz – jak to mówi Czesław – nastąpiła negatywna weryfikacja. No cóż, ofiary muszą być. Mamy nadzieję, że tylko takie.

Ruszamy razem dalej w drogę w stronę lodowca Langjökull.

Jedziemy szutrową i czasami mocno dziurawą drogą połykając kolejne kilometry urokliwych widoków. W pewnym momencie Anka odkrywa ścieżką, właściwie trakt prowadzący pod polodowcowe jeziorka. Postanawiamy sprawdzić tę drogę. Jest już późno, lecz nasze dzieciaki powoli zaczynają funkcjonować jak dzieci islandzkie – chodzą spać jak jest już zdecydowanie „ciemno” (to znaczy, nie świeci już pełne słońce), czyli około 23. Możemy więc uderzyć w tamtą stronę. Trakt okazuje się rzeczywiście istnym traktem gubiącym się pośród głazów i gruzowisk. W końcu docieramy do wypłaszczenia, które ciągnie się przez wiele kilometrów i aż zachęca aby podążyć jego dnem wraz z biegnącą tam drogą (N64 33.406 W20 47.210).

Szybko okazało się, że przez nieuwagę wjechaliśmy na pole pyłu wulkanicznego o konsystencji plasteliny. Dookoła pustka i odległe góry, a my stoimy na podłożu, które lada chwila może się zapaść i nasze samochody zaczną grzęznąć w mazi.

Wolno, wolniuteńko zaczęliśmy wycofywać się po własnych śladach. Nasz LR zapadał się tak, że nie musiałem nawet przykładać się do kierowania, bo koleiny same nas prowadziły. Defender okazał się znacznie lżejszy od nas i spokojnie, acz uważnie wykręcił na tym niebezpiecznym podłożu i spokojnie wrócił na twardy grunt. To prawdziwa nauczka – najważniejszy jest pieszy zwiad.

Aby nie przyjechać na kemping zbyt wcześnie (a była dopiero 21:40) postanawiamy skręcić w szuter prowadzący (wg. mapy) do lodowca Langjökull. Imponujący widok rozpostarł się po kilku kilometrach. Potężne cielsko lodowego stwora rozciągało się przed naszymi oczami (N64 38.637 W20 33.690), a obok nas spał niczym nie zrażony pojazd do wożenia naiwnych turystów po zlodowaciałej skorupie lodowca – wielki MAN.

Kilka kroków po morenie dennej (pamiętam jeszcze z lekcji geografii) lodowca i jesteśmy na wiecznym śniegu.

Ku naszemu zaskoczeniu wejście na lodowiec jest pożłobione przez koła różnych pojazdów, w tym również samochodów. Okazuje się, że Islandczycy w czasie wolnym od pracy lubują się w przebywaniu na wolnym powietrzu, a dla tych dla których kemping to za małe wyzwanie, pozostaje nocowanie na lodowcu. Są zapaleńcy, dla których taka forma spędzania wolnego czasu jest super rozrywką. Na lodowiec wjeżdżają normalnymi samochodami na wielkich kołach (jakieś 50”) tak szerokich, że nie zapadają się w śniegu i rozmrożonym lodzie.

Po zejściu z lodowca wróciliśmy na trasę szutrową i potem prosto na kemping. Kłopotu ze znalezieniem miejsca nie było, lecz kłopot był z wniesieniem opłaty za nocleg, bo nikogo nie było w recepcji. To był pierwszy raz, kiedy mogliśmy przetestować naszą błękitną plandekę.

Zaczynał delikatnie padać deszcz i rzuciliśmy się jak opętani do rozkładania plandeki. Sprawnie uporaliśmy się z zadaniem i już jak pięknie prezentująca się plandeka osłaniała nasze głowy, deszcz przestał padać. Spokojnie mogliśmy siedzieć do późna pod bezpiecznym schronieniem błękitu.

20 lipca 2011

Kolejny dzień, kolejne promienie słońca muskają nasze twarze, a silniki się grzeją z uśmiechem. Pierwszy postój na trasie to zastygłe potoki lawy o nazwie Surtshellir – Stefánshellir (N64 46.731 W20 43.593).

Lawa zastygła w tych potokach wypłynęła ze zboczy skał pod lodowcem Langjökull około 900 roku naszej ery. Potok lawy ma około 52 km i pokrywa ponad 242 km2. Płynąca lawa zastygła w podziemnym tunelu tworząc niepowtarzalną formację skalną. Powstałe jaskinie często służyły jako schronienia dla uciekinierów i wyrzutków. System podziemnych przejść ciągnie się na długości prawie 2 km, a w niektórych miejscach znajdują się miejsca trudne do przejścia.

Zejście do pierwszej pieczary sprawiło trudności tylko Hani, ale przy naszej wydatnej pomocy udało nam się sprawnie przejść przez ten pierwszy etap przeprawy.

Systemy przejść są ciekawe i pozwalają wyobrazić sobie jak to mogło wyglądać ponad 1100 lat temu.

Poszliśmy jeszcze do następnej jaskini, lecz okazało się, że nie można do niej wejść, gdyż ściany były strome. Czas ruszać w dalszą drogę.

Nie przeczuwaliśmy, że dalszy odcinek drogi będzie całkiem interesujący i to nie tylko ze względu na czekające na nas widoki. Ale po kolei.

Przemierzyliśmy kilka brodów

I miejsce gdzie kiedyś wysoko rosła trawa

oraz natrafiliśmy na lotnisko położone w samym centrum … niczego.

Dalej droga zaczynała się wić między skałami i powoli niknąć wśród lawowych pól. Z trudem pokonywaliśmy rumowiska skalne i kilkukilometrowe odcinki, gdzie trzeba było szukać drogi między kamieniami wielkości połowy naszych kół lub też z wielką ostrożnością przejeżdżać przez te przeszkody. Nasze offroadowe doświadczenie musiało zostać natychmiast uaktualnione o nowe informacje dotyczące terenu z jakim mieliśmy do czynienia. A to dopiero był początek.

Po czterech godzinach turlania się po kamieniach dotarliśmy do płaskiej szutrowej drogi (N65 02.578 W19 58.654). Tam sądziliśmy, że najgorsze już za nami, lecz to nie była prawda. Średnia prędkość przejazdu tego odcinka to 10 km/h, a i to, jak się potem okazało, była całkiem dobra prędkość. Przed nami cały czas jechało dwóch motocyklistów, którzy bezbłędnie wybierali drogę między kamieniami. Oni też skręcili w naszym kierunku.

Z pozycji kierowcy dotychczasowa droga wiązała się z nieustannym wypatrywaniem możliwości przejazdu i ocenianiem, czy obydwa koła dadzą radę przejechać wybranych śladem, czy też należy przygotować się na mocniejsze uderzenie i spadek. Teraz, po skręcie w szutrówkę można było odpocząć… przez jakieś 500 m. Znów zaczynał się ledwo widoczny trakt. A żeby nie było nudno, to jeszcze za chwilę skręcaliśmy w jego mniej uczęszczaną odnogę.

Fajnie się jechało i fajnie było odkrywać co się dzieje za następną górką. Podjazd, dolinka, lekki trawers, łacha piachu, a pod nią kamienie lawowe. Opony dostawały w kość (opony chyba nie mają kości – sic!!). Kolejny podjazd, długi grzbiet górki, po prawej i lewej stronie leży jeszcze śnieg, a my dalej lekko podmokłym szlakiem, w dół. No i wtopa. Cały prawy bok auta poleciał w błoto. Jak to się mówi – „nawet nie wiem co mnie trafiło”. A trafiło nas na całej kilkusetmetrowej linii.

Takiego podłoża jeszcze nigdy nie widziałem. Na pierwszy rzut oka wygląda jak mocno zbita polepa kamienisto piaszczysta, lecz okazuje się, że jest przesiąknięta (więcej niż nasiąknięta!!) wodą. Człowiek chodząc po tym zapada się powyżej kostek – co dopiero ciężki samochód. No ale nie ma rady, trzeba się jakoś wygrzebać. Obawiałem się przed samodzielnym kręceniem, aby nie zapaść się niżej, więc sprawdziliśmy czy mamy kinetyki i dalej do pracy.

Udało się wyjechać o własnych siłach. No ale teraz co dalej. Wracać tą samą drogą to kolejne 4 godziny. Jechać szutrówką na północ to jakieś kilkaset kilometrów drogi, która może okazać się również mało przejezdna. Pozostało nam próbować przejechać dalej naszym szlakiem. Do szerokiej trasy 35 pozostało nam niecałe 18 km, więc szukamy możliwych objazdów. Pierwszy objazd chcieliśmy znaleźć zbyt - jak się później - okazało prostym sposobem i Defik utknął po osie (przyssał się podwoziem). Sztukując wszystko co mieliśmy podpięliśmy moją wyciągarkę (trzeba ją mieć w Interiorze islandzkim) z Defem i przy akompaniamencie głośno pracującej wyciągarki i śpiewających lin udało nam się odkleić Defcia z błota.

To był chyba najciekawszy dzień naszego wyjazdu. Piotr większość z tych 18 km biegł przodem i wyszukiwał drogę. Kilka razy trzeba było wracać i ponownie przeprawiać się przez pokonane już przeszkody terenowe.

Zośka podczas naszych wszystkich wyjazdów ma za zadanie wyszukiwania punktów orientacyjnych. Także i tutaj jej zadaniem było szukanie tyczek wyznaczających trasę przeprawy. Zaskakująco sprawnie do Zośki dołączyła 3 letnia Hania i dziewczyny prześcigały się w wyszukiwaniu kolejnych punktów naszej trasy. Oczywiście Zosia ma tę przewagę nad Hanią, że potrafi się dokładnie wysłowić, lecz dzieciaki i tak miały frajdę.

O 22:45 dotarliśmy do słynnej drogi Kjölur (N65 01.141 W19 36.177).

Przejazd na kemping zajął nam jedynie 20 minut i w ostatnich promieniach słońca rozstawiliśmy namioty. Jutro dzień leniucha, bo na kempingu są gorące źródła.

21 lipca 2011

Poranek przywitał nas ciepłą kawą z dżezby i przepięknym widokiem na lodowiec Hofsjökull.

Po wczorajszym intensywnym dniu, wstanie o godzinie 11 było wybawieniem. Powolne śniadanie z pięknym widokiem i następnie zanurzenie się w gorących źródłach siarkowych pozwoliło na zaczerpnięcie energii do dalszej drogi.

Efektem wczorajszych przepraw przez kamienie była nadwyrężona opona w moim LR i trzeba było ją zmienić. Założenia nowej (fabrycznie nowej kupionej przed wjazdem) powodowało co prawda lekkie znoszenie na prawo, ale lepsze to niż eksplodująca opona. Uszkodzony został dość poważnie bark opony.

Przejazd na kolejny kemping miał być tylko takim krótkim przeskokiem, a w rzeczywistości okazał się całkiem długą drogą. Trasa Kjölur (czyli „35”) łącząca północą Islandię z Gullfoss pomimo kilku prób nie została jeszcze wyasfaltowana, a dzięki temu, że odbywa się nią regularny transport, jest ona pełna dziur i okropnej tarki. Urozmaiceniem tego dnia było ustanowienie „dnia chipsa” - ustaliliśmy, że co 3 dni będziemy kupować paczkę chipsów i ją wspólnie rodzinnie zjadać. Tak też uczyniliśmy. Do końca wyjazdu Zosia bardzo skrupulatnie pilnowała, który to dzień tygodnia i czy przypadkiem nie jest to dzień chipsa.

Tego dnia przygotowywaliśmy się do przekroczenia Interioru – Islandii na skos. Przed wyjazdem uprzedzano nas, że przejazd przez Interior drogą F26 to bardzo niebezpieczna przeprawa, a i nasz „ukochany” przewodnik ostrzegał przez popadnięciem w postapokaliptyczną apatię. Brrr…!!

Kiedy my raczyliśmy się pysznym makaronem z łososiem, Anka i Piotrek zwiedzali Gullfoss, Gejsir i þingvellir. Gotowanie kempingowe ma swoje niezaprzeczalne uroki – można się bawić w grę pod tytułem „jakie fajne dania można upichcić z posiadanych puszek”. Nam przypomniała się stara opowieść o Cyganie gotującym zupę z gwoździa, bo z posiadanych w skrzynkach makaronu i sosu „4 sery z brokułami” można wyczarować pyszne jedzenie. Pod warunkiem, że ma się świeżutkiego, islandzkiego łososia.

Łosoś był pyszny. Przed nami Interior i kolejna zimna noc. Liczymy znów na Brubecka i coś mi mówi, że się nie zawiedziemy.

22 lipca 2011

Wstaliśmy rano. Jak na nas, to nawet dość wcześnie się zebraliśmy, bo o 10:30 już byliśmy gotowi, a silniki odpalone. Ten kemping również nie był wysokich lotów – zimna woda i przewiewna toaleta.

Początkowo jedziemy asfaltem wśród skał i hałd żużla. Powoli jedziemy w kierunku dużej tamy i elektrowni wodnej. Tą trasą jechaliśmy już wcześniej sami drugiego dnia na Islandii. Zaraz będziemy jednak odbijać w górę na szutrową drogę F26. Dla zabicia czasu gramy w grę „to na co patrzę zaczyna się na literkę …” i podaje się pierwszą literę tego, na co się patrzy, a wszyscy pozostali mają 10 pytań, by zgadnąć co to jest. Oczywiście większe możliwości daje podróżowanie przez zamieszkane obszary wiejsko - leśne, lecz nawet tutaj, gdzie do wyboru mamy: „droga”, „kamień” (ewentualnie: kamienie), „góra” (góry), słupek (jak można się domyśleć – „słupki” też) i jeszcze kilka pozostałych – daliśmy radę opękać jakieś 1,5 godziny.

Wjechaliśmy na osławioną drogę F26 i … nic ciekawego. Na początku rozmawialiśmy o „postapokaliptycznym krajobrazie” z ewidentnym przeciąganiem patetycznego roznamiętnienia zaczerpniętego z przewodnika NG, lecz potem zaczęło dopadać nas znurzenie ciągłym stukaniem zawieszenia i rytmicznym (około 70 razy na minutę) waleniem o tarkę na drodze. Może kilkaset lat temu droga Spregisandur była wyzwaniem, lecz teraz jest to długi i nużący przelot. Tłumaczenie nazwy tej drogi to „droga przyciskających piasków”, co niesie ze sobą obietnicę ciężkiej przeprawy podczas wiatru.

Rzeczywiście widok rozległej równiny przeładowanej hałdami piachu i żużla jest potwierdzeniem tej groźby. Ten obszar Islandii został zbadany dopiero na początku XX wieku i to tu najdłużej żyły trolle oraz inne stworzenia islandzkiego, dzikiego interioru. My jednak żadnego nie zobaczyliśmy.

Mając na względzie nasze zdrowie psychiczne postanowiliśmy urozmaicić sobie przejazd i zboczyć z F26 (N64 27.088 W18 47.267). Jednak zmiana nie wniosła niczego nowego, poza tym, ze ugniataliśmy naszymi już i tak nadwyrężonymi „goodrisiami” inne kamienie. Nie powiem, jedna rzecz była inna – mijaliśmy jeziora polodowcowe i czasami udało nam się zahaczyć o niewielkie zbiorowiska „zieloności”, które staraliśmy się uwiecznić na zdjęciach.

Jechaliśmy dalej, aż dotarliśmy do schroniska, które miało być naszym noclegiem tej nocy, lecz była dopiero 13:30, więc zostawanie tam mijało się z celem. Postanowiliśmy toczyć się dalej, nawet jeżeli mielibyśmy dojechać do jeziora Mývatn wieczorem. Nagle zmieniła się pogoda i zaczął padać deszcz i wiać mocny wiatr. Deszcz miejscami przechodził w ulewę i widoczność dramatycznie spadała. Powoli rozumieliśmy skąd pochodzi nazwa tej drogi, a nasze wysokie samochody potęgowały to wrażenie – wiatr przyciskał nas do ziemi. Nagle wszystko ucichło i wyszło słońce. Udało nam się prześcignąć chmurę?

Przekroczyliśmy kilka brodów, z czego w jednym przez głupotę kierowcy utopiłaby się Suzuka Vitara. Jej kierowca uważnie obserwował naszą przeprawę, podczas której woda nie zakrywała osi naszych kół i po krótkiej chwili analizy ruszył prosto w dół nasypu z którego prowadził obserwację. Maska samochodu niebezpiecznie poszła pod wodę, a tył zamerdał jak rozradowany jamnik. Z głośnym zgrzytem Suza naparła na łożysko strumienia i myjąc przednią szybę w lodowatej wodzie dzielnie (pomimo usilnych prób kierowcy zadławienia silnika) przejechała na drugi brzeg. Po drugiej stronie z siedzenia pasażera wyszła zielono – blada wiotka pasażerka, która z pewnością gestykulacją nie wspomagała słów uznania, lecz raczej bez zahamowań łajała swego kierowcę. Pojechaliśmy dalej. Już w pełnym słońcu przemierzaliśmy kamienistą równinę usianą łachami żółciutkiego piasku, który pięknie układał się za samochodem.

Dopiero potem okazało się, że to jest początek zapierających dech w piersiach widoków. Wybrana przez nas droga F752 i potem F821, dość ciężka i wymagająca, dała nam nagrodę. Podróż płaskowyżem zakończyła się zjazdem w przepiękną polodowcową dolinę. Nasz zjazd brał początek tam, gdzie rozpoczynał się strumień, który w dalszym swym biegu zmieniał się w rwącą i szeroką rzekę. Przyjemnie było obserwować jak strumyczek nabiera mocy i „dorasta”.

Po zboczach otaczających nas gór spływały szeregi małych i większych potoków, a właściwie wodospadów, które łącząc się i mieszając w końcu wpadały do „naszego” strumienia”. Dawało to niesamowite wrażenie, którego nie da się utrwalić na zdjęciach ani też właściwie opisać – w każdym razie ja tego nie umiem.

Dalsza droga nad jezioro Mývatn prowadziła nas albo cywilizowanym gładkim asfaltem (droga numer 1) albo przez malownicze góry. Czy muszę mówić którą drogą pojechaliśmy?

Kemping nad Mývatn (N65 38.392 W16 54.743) był dla nas zbawieniem. Ciepła woda, prysznic, trawa pod namiotem i piękny widok. Do tego spotkaliśmy tam Stacha i Aśkę – znajomych Anki i Piotrka z wyprawy na Jan Mayen. Pozdrawiamy serdecznie. Teraz spać!!

23 lipca 2011

Dzień rozpoczęliśmy od cudownego śniadania przygotowanego przez Ankę – naleśniki z różniastymi sosami. Dziewczyny skakały wokół nie mogąc się zdecydować jaki sos wybrać. Naleśników Anka zrobiła tyle, że każdy najadł się do syta.

Dla mnie zabawa z ogniem i smażenie przywoływały na myśl bolący jeszcze trochę kciuk, lecz z poparzenia zostało tylko wspomnienie w postaci ładnie zagojonej rany. Nie wiem do końca czy Granufleks jest na poparzenia, ale ponieważ jest na rozległe rany to i w tym przypadku dał radę.

Tego dnia mieliśmy mniej ambitne plany – mieliśmy pokręcić się dookoła kempingu i pozwiedzać cuda przyrody. Na pierwszy ogień poszło miejsce, gdzie rozgrzana siarka wydobywa się na powierzchnię (N65 38.500 W16 48.385).

Generalnie okoliczne wzgórza były jakby przepełnione siarką, która wylewała się na powierzchnię. Smród był niemożliwy. Trzeba było zakrywać twarz chustką lub czymkolwiek, kto mógł. Ale i tak było warto.

Bajecznie kolorowe placki w promieniach słońca pozwalały na przetrwanie okropnego i drażniącego smrodu, jaki unosił się nad polem siarkowym Hvevir.

Kolejnym miejscem, które trzeba koniecznie odwiedzić będąc nad Mývatn, to Krafla. Miejsce gdzie lawa jeszcze niedawno swobodnie wylewała się na powierzchnię, a obecnie jest stale podgrzewana z wnętrz Ziemi (N65 43.058 W16 45.457). Jest tam również góra o tej samej nazwie – a właściwie jest to wulkan, który po erupcji w 1724r. zapadł się tworząc przepiękne jezioro (N65 42.797 W16 46.447).

Po obejrzeniu jeziora pojechaliśmy do lawy. Od parkingu do samej lawy był spacer, taki akurat aby zmęczyć dwie niezmordowane dotychczas podróżniczki. Dotarliśmy do miejsca, w którym lawa jest jeszcze ciepła, a spod jej pokładów wydobywają się nadal obłoki pary. Nie wiem, czy to prażące słońce czy też rzeczywiście gorąco bijące od kamieni, ale było tam naprawdę ciepło. Najmłodsza lawa pochodzi z 1984 r.

W drodze powrotnej nie omieszkaliśmy zahaczyć o kolejne źródła siarkowe, co spowodowało napływ kolejnej fali przeogromnie wyrazistego zapachu siarkowodoru.

Jeszcze tylko spacer powrotny wśród pól lawowych i mogliśmy oddać się nieposkromionej rozpuście pochłaniania islandzkich hot-dogów.

Są naprawdę pyszne.

Dalszy punkt dzisiejszego programu – wodospad Detifoss, co oznacza „Król Wodospadów”. Tak na marginesie trzeba wskazać, że podawanie przed nazwami wodospadów, rzek i lodowców, że to właśnie jest lodowiec, rzeka albo lodowiec, jest bez sensu, bo już w samej nazwie tego miejsca jest wskazane, że to lodowiec, rzeka albo wodospad. Ciekawe, prawda. Pisanie, że widzimy lodowiec Vatnajökull to tak jakbyśmy pisali, ze widzimy lodowiec „Vatnalodowiec”

Ale do rzeczy. Wodospad Detifoss (przepraszam za powtórzenie, lecz jakoś tak się układa lepiej) znajduje się na rzece Jökullsá á Fjöllum ( i znów to paskudne powtórzenie), która wyrzeźbiła przepiękny kanion w skałach bazaltowych. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to miejsce będziemy widzieć jeszcze raz i to w z zupełnie nie zamierzony sposób.

Potęga wodospadu jest powalająca. Ogrom wody przytłacza, a dźwięk spadającej wody uprzedza turystę już na kilkaset metrów przed wodospadem. Rzeka Jökullsá á Fjöllum płynie przez pustynne obszary Islandii i niesie ze sobą ogromną ilość materiału skalnego. Woda jest więc szaro – bura.

Mgła z opadającej wody w zależności od wiatru jest rozpylana na okoliczne wzgórza i pozwala roślinom na marne, bo marne, ale bytowanie. Wodospad Detifoss jest zlokalizowany w jednym z najsuchszych regionów Islandii i jedyne źródło wody dla roślin to właśnie ta mgła z wodospadu.

Zwiedzanie wodospadu dobiegło końca. Teraz czas na ostatni punkt programu – Dimmuborgir. Każdemu fanowi metalu ta nazwa kojarzy się z fantastyczną norweską grupą blackmetalową, lecz teraz będzie mowa o formacjach lawowych, które powstały wskutek powolnego wylewania się lawy na powierzchnię przez szczeliny skalne, które z biegiem czasu przybierały formę silosów. Obecnie wylewy lawowe tworzą fantastyczne kształty przypominające ruiny zamku i innego rodzaju fortyfikacji. Legendy wspominają, że w Dimmuborgir mieszkają krasnoludy i niekiedy pomieszkują trolle.

W trakcie zwiedzania rozglądaliśmy się bacznie czy nie zaatakują nas jakieś trolle bądź krasnoludy. W szczególności dziewczyny miały oczy dookoła głowy. Bo wiecie, z takimi krasnoludami to nie ma żartów.

Dzień zakończyliśmy chwilą rozpusty. Poszliśmy na obiad. Zamawiając pamiętałem o tym, że jesteśmy w kraju, gdzie jest pełno owiec, więc wybór jagnięciny był jakby naturalny. Obiad z widokiem na rozległą kotlinę, w której znajduje się Dimmuborgir jest godny polecenia. A i rachunek nie zabijał – był porównywalny do tego co musielibyśmy zapłacić w Polce, np. w takim Zakopanem. I to był koniec naszego zwiedzania okolic Mývatn.

24 lipca 2011

W nocy rozpętał się wiatr. Poprzedniego dnia Stachu i Achu byli na wycieczce w Askji (tam gdzie i my się wybieramy) i zaskoczyła ich burza piaskowa, a właściwie pumeksowa.

Dzisiejszy poranek dawał przedsmak mocnego wiatru na otwartych przestrzeniach Interioru, w który zmierzaliśmy. W miarę sprawnie się zebraliśmy i rozpoczęliśmy naszą dzisiejszą podróż.

Od samego początku coś mi nie pasowało w zawieszeniu. Lewy przód od samego początku jakoś słabo pracował, lecz teraz zaczął wydawać niepokojące dźwięki. Początkowo było delikatne podzwanianie i takie charakterystyczne „piiingg” na wybojach pokonywanych wolno, acz o wysokim skoku. Kilka razy kładłem się pod samochodem i sprawdzałem, czy gdzieś nie ma luzów, lecz niczego nie wykryłem.

Droga prowadziła początkowo przez lekko zielone tereny. Nawet raz zapędziliśmy się w stronę rzeki, która jednak zaraz okazała się mało dostępna i musieliśmy samodzielnie (bez szlaku) szukać dalszej drogi. Udało nam się wrócić na szlak.

Dalsza droga nie była już taka urozmaicona, lecz obfitowała w innego rodzaju atrakcje – różniaste formacje skalne i ogrom leża lodowca. Silnie zbite kamienie o wielkości pięści dziecka, jak i również dużych głazów. Okoliczne wzgórza obfitowały w wymyślne kształty skalne będące pozostałością po masywnych górach poddanych długotrwałemu wietrzeniu i erozji.

Wolno, wolniutko posuwaliśmy się naprzód. Wolno, wolniutko przysuwał się do nas odległy na razie obraz żółtawej nawałnicy. A my nieubłaganie zmierzaliśmy w tamtym kierunku.

I w końcu wpadliśmy w burzę. Wiało tak mocno i nawiewało tak dużo piasku, ze niekiedy nie było widać słupków, które rozmieszczone były co 20-30 metrów. Biały Defender też czasami niknął nam z oczu i tylko dzięki wskazówkom z GPS-u i dobrze zestrojonej mapy mogliśmy posuwać się do przodu.

W końcu dotarliśmy do wulkanu Askja i pomimo tragicznej pogody poszliśmy do samego krateru. Na górze Askja po erupcji w 1975 roku powstało gorące jezioro leżące tuż obok najgłębszego w Islandii jeziora – zimnego (N65 02.504 W16 43.336). Zimne jezioro natomiast powstało po gigantycznej erupcji w 1875. Czy można zakładać, ze w 2075 też coś się tam wydarzy?

Powrót do samochodów był mało przyjemny, bo deszcz lał jak z cebra i brodzenie w rozmoczonym śniegu sięgającym kostek nie należało do przyjemności. Po kilkudziesięciu minutach ruszyliśmy w stronę kempingu (N65 11.710 W16 13.355). Ten był najgorszy ze wszystkich jakie dotychczas mieliśmy okazję sprawdzić. Podstawowym mankamentem były hektotony małych i niezmiernie upierdliwych muszek, które opadały każdego, kto tylko wysiadł z samochodu. Dodatkowo wiał silny wiatr i padał deszcz. Było bosko!

25 lipca 2011

Wiatr towarzyszył nam przez całą noc, a muszki dodatkowo jeszcze rano. W takim tempie jeszcze się nie zwijaliśmy.

Dzisiaj na rozkładzie mieliśmy zobaczenie największej tamy i największej elektrowni w Islandii oraz podjechanie pod największy w Europie lodowiec – Vatnajökull. Tama postawiona na rzece Jökullsá á Brú stworzyła zalew. Kanion, którym płynęła rzeka jest imponujący, lecz teraz niestety pusty (N64 56.799 W15 47.422).

Dalsze kilometry poświęciliśmy na dojechanie do podnóża Vatnajökull. Droga F909 była długa i kręta, lecz w końcu udało nam się dotrzeć do samego lodowca (N64 40.139 W15 43.571). Przed nami pojawił się niesamowity widok oraz dźwięk wiejącego wiatru i płynącej lodowcowej rzeki.

W drodze powrotnej do samochodu doszliśmy do jaskini śnieżnej, gdzie leżał śnieg, który podobno został nawiany na początku XXw. i leży tam do dzisiaj.

Teraz pozostało nam nic innego, jak dostać się do kolejnego kempingu. Ostanie spojrzenie na lodowiec.

I jedziemy na kemping. Po drodze zaskoczyła nas gigantyczna mgła i przez pewien moment nic nie widzieliśmy. Coś mi się zdaje, że wschodnie wybrzeże nie będzie nam dane do obejrzenia. Nagle okazało się, że to nie mgła, lecz nisko leżące chmury na wysokości 800 m n.p.m. Jak tylko zaczęliśmy zjeżdżać z gór, chmury się skończyły. Dotarliśmy do kempingu nad Jeziorem Lagarfljot (N65 05.147 W14 46.222). Zaskoczyło nas to, że kemping był wśród drzew. To były pierwsze drzewa, jakie widzieliśmy od dwóch tygodni. Okazało się, że każdy się stęsknił za ich widokiem.

Powoli zbliżamy się do końca naszej wyprawy i zastanawiamy się nad koncepcją spakowania się na dwa dni na promie. Przyzwyczajeni do podróżowania samochodem, musimy zdecydować, jakie rzeczy zabrać na prom.

26 lipca 2011

Kolejnego dnia zdecydowaliśmy się rozdzielić. Mieliśmy spotkać się na kempingu w miejscowości Vopnafjörður, który okazał się totalną porażką, więc w efekcie spotkaliśmy się gdzie indziej i kilka dobrych godzin później niż planowaliśmy.

Ale po kolei.

Pierwsze obroty kół skierowaliśmy do Egilsstaðir w celu zrobienia zakupów i zatankowania. Potem dalej na północ. Dojechaliśmy do wybrzeża i zaczęliśmy wspinać się na górę (N65 42.829 W14 26.060).

Nie wiedzieliśmy, co robić z czasem jaki mieliśmy, więc popatrzyliśmy na mapę i postanowiliśmy jechać dalej na północ w poszukiwaniu kempingu. Mamy jednak problem. Nie mamy butli gazowej, więc kempingowanie będzie wiązać się z koniecznością spożycia zimnego posiłku. Ale nic to, jedziemy na północ do kempingu, który wypatrzyła Aśka (N66 01.858 W16 28.919). Niestety okazało się, że burza piaskowa, jaką widzieliśmy w okolicach Askji kilka dni wcześniej, dotarła do północnego wybrzeża. Musieliśmy więc zrezygnować i pojechać na kemping w Bakkagerði, na którym stacjonowali już Anka i Piotrek.

Po drodze minęliśmy Detifoss (ponownie widzieliśmy te przepiękne bazaltowe zbocza) i walczyliśmy z huraganowym wiatrem. Spalanie wariowało i musieliśmy szybko szukać stacji, na szczęści udało się i nie musieliśmy jechać na oparach.

W drodze na kemping przejeżdżaliśmy przez tę samą dolinę, którą jechaliśmy wcześniej tego dnia, lecz teraz przemierzaliśmy przeciwległe zbocze. Byliśmy również świadkami zachodo-wschodu słońca, który dodatkowo odbywał się na kierunku „północ”. Ciekawe doświadczenie.

Na kemping dotarliśmy po 1.00 (N65 31.426 W13 48.562). Szybkie rozbicie namiotu w początkach ulewy i nadciągającego huraganu, a potem niespokojna noc spędzona na czuwaniu, czy nie wyrwie nam mocowania namiotu. Trzeba dodać, że kemping jest zlokalizowany w pięknej dolinie, w której wiatr przepięknie mógł się rozpędzić.

 

27 lipca 2011

Ostatni dzień podróży. Teraz tylko czeka nas przejazd do Seyðisfjörður i zakwaterowanie na kempingu.

Zwinięcie namiotu i wyruszenie odbyło się dość późno, bo pospaliśmy długo. Z kempingu pojechaliśmy na miejsce obserwacji maskonurów koło przystani rybackiej tuż nad Bakkagerði (N65 32.503 W13 45.266).

Maskonury wyglądają ciekawie i śmiesznie latają.

Niektóre maskonury pozwalają się oglądać z bliska.

Potem dojechaliśmy na kemping w Seyðisfjörður dość wcześnie jak na nas, bo już około 16:30 i, pomimo ścisku, znaleźliśmy miejsce (N65 15.621 W14 00.734).

Chcieliśmy zjeść pożegnalną kolację w miejscowej restauracji, lecz okazało się, że wszystkie miejsca są zarezerwowane. Kupiliśmy więc pysznego łososia oraz steki jagnięce i urządziliśmy sobie sami pyszną pożegnalną kolację. Teraz tylko pakowanie na prom i spać. Jutro wczesna pobudka.

28 lipca 2011

Szybko się zebraliśmy i nawet bez śniadania pojechaliśmy na prom. Cierpliwe staliśmy w kolejce wśród innych samochodów, które widzieliśmy w czasie naszej włóczęgi po Islandii.

Logowanie do kabiny nie zajęło dużo czasu. Trzeba jeszcze wyjść na pokład, aby pożegnać się z Islandią. Pewnie już tutaj nie wrócimy. Żegnaj Islandio, jesteś zachwycająca! Teraz już tylko powrót do domu.

A tak oto wyglądał nasz cała trasa po Islandii:

Mam nadzieję, że relacja była ciekawa i na kolejnym spotkaniu będziemy mogli opowiedzieć wszystkim zainteresowanym o naszej podróży oraz pokazać zarówno zdjęcia (mamy ich znacznie więcej i niektórych ciekawych nie pokazaliśmy) jak i również zaprezentować film (Ania i Piotrek nad tym pracują).

Tak już na sam koniec jeszcze jedna historyjka. W drodze powrotnej, już na promie, Hania radośnie harcowała po placu zabaw i jakoś tak niefortunnie skoczyła, że uraziła się w stopę. Naciągnęła ścięgno. Aśka szybko pobiegła do recepcji promowej (jakoś koślawo to brzmi, ale naprawdę tam jest recepcja) i sprowadzono okrętowego lekarza. Okazało się, że na statku nie ma niczego na stłuczenia i zwichnięcia, a nawet nie ma elastycznego bandaża. Poprosiliśmy więc o możliwość zejść do samochodu, gdzie dzięki zaopatrzeniu z Aptek Dbam o Zdrowie, mieliśmy świetnie zaopatrzoną apteczkę, a jak dodatkowo miałem też Altacet. Ku zdziwieniu obsługi po kilkunastu minutach w towarzystwie marynarza promowego (tak na marginesie okazało się że jest Polkiem) przyszedłem z pełnym zaopatrzeniem ambulatoryjnym. Następnego dnia Hania co prawda troszkę kuśtykała, ale świetnie dawała radę na placu zabaw. Dobrze wyposażona apteczka przydaje się nawet, w tak wydawałoby się, dobrze zabezpieczonych miejscach.

Teraz kilka praktycznych obserwacji z całej podróży:

I to wszystko. Pozdrawiam i do zobaczenia!

Relacja: Maciej Fornalczyk Korekta: Joanna Fornalczyk Zdjęcia: Joanna Fornalczyk, Anna Zarudzka, Maciej Fornalczyk, Piotr Majchrzak