kontakt

Sprawozdanie z imprezy

Wakacyjna Włóczęga

Mazury i Suwalszczyzna, 13-21 sierpnia 2011

Według planu tegoroczna Wakacyjna Włóczęga rozpocząć się miała od zbiórki pod kościołem w Rożyńsku Wielkim w sobotę 13 sierpnia 2011 o godzinie 16.00. Trzy załogi nie mogły się jednak doczekać tego terminu i swą „włóczęgę” rozpoczęły już dzień wcześniej.

Jedna z nich (Franka) była już na miejscu w piątek po południu. Dwie (moja – organizatora i Darka) przybyły około północy. Franek na nocleg wybrał hotel w Ełku, do czego w dużym stopniu skusiły go odbywające się właśnie w tym mieście pokazy lotów balonowych. Ja i Darek skorzystaliśmy z pola biwakowego nad jeziorem Dybowskim, czekającego na wszystkich uczestników.

Dojeżdżając na nie zaliczyliśmy niespodziewaną, terenową przygodę.

Dokładniej mówiąc zaliczył ją Darek. Był on pierwszy raz na off-roadowej imprezie, aby zorientować się czy „to go będzie kręciło”. Nastawiał się na rolę „obserwatora” i przyjechał zwykłą, osobową skodą. Kiedy jednak okazało się, że jedyna droga na biwak prowadzi przez podmokłe łąki i pełna jest głębokich kałuż i kolein „nie wymiękł” i dzielnie dotrzymał tempa memu jeepowi, wprawiając mnie w prawdziwy podziw. Od razu wiedziałem, że na pewno „będzie go to kręciło”...

Po pięknej nocy z księżycem w pełni, sobotni ranek przywitał nas przelotnym deszczem.

Potem wyszło słońce i można było korzystać z kąpieli w jeziorze i plażowania.

Ja jeszcze musiałem poświęcić trochę czasu na skompletowanie gadgetów i materiałów nawigacyjnych dla uczestników (dzięki za pomoc Aniu, Grażynko i Darku!) oraz na ostatnie uzgodnienia z gospodarzem terenu – Jurkiem Krajewskim.

Od południa zaczęli zjeżdżać się uczestnicy. Niektórych „odbierałem” spod kościoła w Rożyńsku, innych nawigowałem przez telefon, aby sami dojechali na biwak. Zaliczyłem także wizytę na dworcu PKP w Ełku, skąd odbierałem Adama – uczestnika „młodzieżowej” załogi (stanowili ją 15 letni Ivo z Włodawy, 17 letni wspomniany Adam z Elbląga – powierzeni mej opiece przez rodziców – oraz mój syn, 23 letni Michał i jego nieco starszy kolega Maciek).

Dojazdy trwały prawie do północy i stopniowo wypełniało się nasze pole biwakowe. Załogi były wielce zróżnicowane. Dotyczyło to samochodów (od świecącego nowizną, arystokratycznego Range Rovera po steranego wojskowego Mercedesa Volfa z afgańskiego demobilu) jak i wyposażenia (małe i duże namioty naziemne, dachowe, fotele, krzesła, krzesełka, stoliki kuchenki grille itp.). Nie przeszkadzało to jednak szybkiej integracji, w której przodowały dzieci i młodzież (tworzyli całkiem liczną gromadkę kilkunastu „sztuk” w wieku od 5 do 17 lat).

Tuż przed zmierzchem zapłonęło integracyjne ognisko. Jego ozdobą był płonący pień – patent syberyjskich leśników (nacięty odpowiednio piłą mechaniczna pień wytwarza wewnętrzny ciąg umożliwiający równomierne spalanie przez kilka godzin), choć ważniejsze było oficjalne powitanie uczestników przez naszego gospodarza, wspomnianego wcześniej Jurka Krajewskiego.

To nietuzinkowa postać – wytrawny myśliwy, pasjonat przyrody i naturalnego środowiska, połączenie „militarnej”, twardej postawy zewnętrznej z wrażliwym na poezję i sztukę wnętrzem... Oprócz dobrych słów, przywiózł on ze sobą wielki termos pysznej grochówki ugotowanej przez jego żonę Ewę (mimo dokładek nie daliśmy rady zjeść wszystkiego).

Niestety nie mógł z nami dłużej zostać, a szkoda, bo zawsze jest źródłem ciekawych opowieści i potrafi bawić towarzystwo. Daliśmy jednak sobie dobrze radę sami. Integracja świetnie się rozwinęła i zakończyła się grubo po północy...

W niedzielę realizowany był już off-roadowy program.

Tak jak we wszystkie następne dni rozpoczynał się o godz. 10.00 od odprawy, na której przedstawione zostały szczegółowy plan oraz zasady organizacyjne i bezpieczeństwa. Uczestnicy mieli do wyboru trzy propozycje:

Najwięcej chętnych było na wyjazd do Twierdzy Osowiec.

Do nawigacji „na ochotnika” została wyznaczona Kasia z Patrola. Po krótkim szkoleniu błyskawicznie załapała o co chodzi i kolumna ruszyła. Niestety nie mogłem jej towarzyszyć, ale z późniejszych relacji wiem, że wszyscy doskonale sobie poradzili, a sama jazda sprawiła dużo off-roadowej satysfakcji. Mieli po drodze sporo błotka, kałuże i głębokie koleiny. Nie obeszło się także bez drobnego błądzenia, przez co ledwie zdążyli na zwiedzanie Twierdzy...

Tylko dwie załogi zadeklarowały chęć samodzielnej jazdy według road-booka. One również były usatysfakcjonowane, bo zaznały kilku przygód. Jedną z załóg udało mi się spotkać podczas przerwy na obiedzie w Oberży Pod Gontem.

Nieco zawodu zaznała grupa, która wybrała się na ekstrem (były to załogi mercedesów i „młodzieżowa”). Po kilkuset metrach i paru przeszkodach, następne ocenili jako za trudne, a ponieważ przydzielony do opieki przez Jurka Krajewskiego „Bobas” nie pozwolił na objazdy, zjechali na biwak.

No cóż – nasz gospodarz mający doświadczenie w organizacji ciężkich imprez przeprawowych podszedł do sprawy jednoznacznie – ekstrem to ekstrem; bagno po pachy było dla niego oczywiste...

Ratunkową dla rozczarowanych załóg okazała się możliwość pojechania na pętlę według road-booka.

Tego dnia, oprócz off-roadowych emocji, możliwe było skorzystanie z jeszcze jednej atrakcji. Był nią koncert organizowany w kościele w Rożyńsku Wielkim. Występowali wirtuozi gry na organach, szkockich dudach i jakiś starych bębnach.

Uczestniczyły w nim Ania i Grażynka z naszej ekipy, ale pytane o wrażenia mówiły przede wszystkim o tym, że facet występujący w szkockiej spódnicy był bardzo przystojny, a zwłaszcza zgrabne miał nogi. Pewnie nie o takie wrażenia chodziło proboszczowi z Rożyńska – organizatorowi koncertu...

Wieczorem było kolejne ognisko, ale integracja odbywała się już wyraźnie w podgrupach, w oparciu o więzi powstałe w wyniku wspólnego pokonywania tras.

Okazało się, że tego wieczora „mam dyżur w kuchni” – tak stwierdziła Grażyna.

Nie było rady. Przyrządziłem więc moją wyprawową specjalność: ziemniaki zapiekane z boczkiem, kiełbasą, cebulą i marchewką w żeliwnym kociołku. Nawet się udały, a ich smak pochwalił nawet Jurek. Cenię to szczególnie ponieważ, żona i mama Jurka są świetnymi kucharkami i na okrągło dogadzają mu najróżniejszymi smakołykami. Jest więc prawdziwym koneserem.

Po posiłku Jurek wyjął z bagażnika gitarę i zainicjował wspólne śpiewanie. Szybko „rozkręcił” towarzystwo. Okazało się, że fajnie grają na gitarze i śpiewają również Darek i Czarek, a Basia ma fantastyczny głos.

Poniedziałek także zaczął się od porannego, przelotnego deszczu, po którym nastał upalny dzień.

Program dnia zakładał powtórzenie niedzielnych opcji z zamianą korzystających z nich załóg. W związku z tym najwięcej samochodów ruszyło na turystyczną pętlę według road-booka.

Spontaniczną inicjatywą wykazał się tego dnia nasz gospodarz, Jurek Krajewski, któremu było nieco przykro, że przygotowana przez niego trasa ekstremalna nie spodobała się.

Przyjechał więc swoim wysłużonym, fabrycznym uazem, aby poprowadzić osobiście „ekstremalistów” łatwiejszym terenem.

Jak to już nieraz bywało na jazdę za nim zdołał podpuścić i mnie, choć generalnie staram się - jako organizator - maksymalnie oszczędzać mego jeepa, bo przecież musi mi służyć do końca imprezy... Wypadało mi jednak bronić honoru uczestników i nie dopuścić, aby Jurek opowiadał, że gościł samych „leszczy”.

Ruszyliśmy więc za uazem: dwie gelendy, Artura i Ziemka, disco Sławka i mój jeep cherokee.

Jurek ostrzegał, że „blachy będą gięte, tłuc się będą lusterka, a lakier zostanie na krzakach”. Zaczął od „nura” do jeziora. Wykorzystując znane sobie żwirowe dno pognał łukiem przez wodę powyżej progów. Za nim mercedesy. Przyznam się, że ja sobie to „odpuściłem”, bo w moim jeepie na podłodze leży fabryczna wykładzina dywanowa i nie mam spustowych korków, ani wyprowadzonych wysoko odpowietrzników i nie chciałem nabrać wody do mostów, reduktora i skrzyni (nie ma nic gorszego jak woda w tych mechanizmach na początku imprezy).

Potem był stromy podjazd i ciasny skręt, a zaraz za nim przejazd pod powalonym przez wiatr drzewem. Tu Sławkowa dyskoteka okazała się za wysoka – musiał wrócić na biwak. Mercedesy przeszły na milimetry, a mój jeep (byłem z niego dumny) z dużym zapasem mimo namiotu dachowego na bagażniku (z namiotu też jestem dumny – to moja osobista konstrukcja – ma zaledwie 20 cm wysokości i 22 kg wagi).

Potem były coraz gęstsze krzaki. Jechałem ostatni i widziałem okorowane drzewa – ktoś przede mną ledwie się tu mieścił. Uaz czy mercedesy?

Nagle stop. Przez CB radio informacja: uaz stracił koło. Podchodzę i widzę: rozpadł się prawy przegub – uaz dalej na pewno nie pojedzie.

Z Jurkiem jest jednak jak na wojnie: zarządza „przeformowanie” – przy uazie zostaje trzech załogantów z zadaniem zorganizowania transportu do bazy, reszta dosiada się do innych załóg. Jurek wsiada do Ziemka i prowadzi dalej już jako pilot.

Za chwilę dojeżdżamy do przejazdu przez bagienne rozlewisko. Widzę przed sobą walczące po kolei gelendy. Mimo blokad dwóch mostów ledwie dają radę; muszą się kilkakrotnie cofać i jeszcze raz próbować. W mej załodze pojawia się zwątpienie i panika: za trudno, za głęboko, wracajmy!

Ale ja nie odpuszczam. Widziałem, że dno jest twarde, a trudności wynikają z zatopionych dużych kamieni. Na wyczucie wybieram inny tor niż poprzednicy i mam szczęście; jeep gładko i bez wysiłku dociera na suchy grunt.

Dalej znów krzaki i kolejne bagnisko.

Tym razem do przejechania trawers na jego krawędzi. Gdy dojeżdżam Ziemek ma już go za sobą. Gelenda Artura próbuje bokiem, ale Jurek ją zatrzymuje i pokazuje, że nie zgadza się na objazdy. Rozumiem go. Ja też nie lubię, kiedy z trudem wyszukaną przeze mnie przeszkodę ktoś omija. Artur cofa, a w międzyczasie Jurek mnie każe jechać. Ruszam więc śmiało. Dla niskiego jeepa trawers nie jest groźny, ale Grażyna (z mojej załogi) w to nie wierzy.

– Ja pinkolę – krzyczy – wypuść mnie!. Bagno jest z mojej strony, a ja nie umiem pływać!

Muszę więc stanąć. Grażyna wysiada, a jeep gładko przejeżdża. Za mną rusza Artur, ale wysoka Gelenda niebezpiecznie się pochyla i staje w krytycznej pozycji. Konieczne jest podczepienie wyciągarki. Na niej powoli, ale sprawnie wydobywa się z opresji.


Jedziemy dalej. Prowadzący Ziemek taranuje krzaki i drzewa. Wokół dzika przyroda, gęstwina i bagna. Coraz więcej powalonych drzew. Dwa z nich tworzą literę X. Pokonanie ich przez środek stwarza kłopoty jadącym przede mną. Wyciągam z tego wnioski i gładko przejeżdżam nieco dalej od środka.

Gęstwina sprawia, że jest bardzo duszno, a roje komarów uniemożliwiają otwarcie okien. Na szczęście wyjeżdżamy na otwarty teren podmokłych łąk.

Prowadzący Ziemek ryje coraz głębsze koleiny. Nagle jadący za nim Artur zapada się w niewielkim, porzecznym rowie. Zawisa na podwoziu. Konieczna jest pomoc Ziemka. Szarpie go na kinetyku i Artur już jest uwolniony. Trwa teraz obstawianie czy mój jeep przejedzie. Ma przecież o wiele mniejsze koła i prześwit niż gelenda.

Ja jednak wiem, że „przejdzie”. Sprawdziłem nogami grunt i wybrałem inny tor jazdy, biorąc koleinę między koła. Liczę na prawie 200 KM jeepa pozwalające rozpędzić się na krótkim odcinku i nie przeliczam się. „Przechodzę” po wierzchu nie rozrywając darni.

Jurek więc prowadzi w cięższy teren, wzdłuż świeżo wykopanego kanału.

Nie dość, że jest grząsko, to jeszcze zmagać się trzeba z wielkimi pniakami po ściętych drzewach, ukrytymi w wysokiej trawie. Po kilkudziesięciu metrach mam dość. Na szczęście nie tylko ja. Przekonujemy Jurka do powrotu. Daje się przekonać... uff – może nie uzna nas za całkowitych „leszczy”...

Na biwaku Grażyna znów wyznaczyła mi dyżur w kuchni. Znów więc była zapiekanka z ziemniaków. Udało mi się powtórzyć dobry smak (składniki były te same), ale między zębami chrzęścił piach. A może mi się tylko tak wydawało? To przynajmniej starał mi się wmówić Darek odpowiedzialny za mycie kociołka – zapewniał, że on żadnego piachu nie czuje i że to niemożliwe... Mniejsza o to. I tak wszystko zostało zjedzone.

Wieczorem mieliśmy jeszcze jedną atrakcję. Otóż Jurek zaprosił swego przyjaciela, majora Wojska Polskiego, wielokrotnego uczestnika wojskowych misji zagranicznych. Stawił się on w niemal w pełnym, wyprawowym oporządzeniu, z bronią i wieloma militarnymi gadgetami.

Wszystkiego pozwalał dotknąć, wziąć do ręki, a przede wszystkim długo i szczerze opowiadał o polskich misjach, życiu tam, zadaniach i motywacji naszych żołnierzy, czyhających zagrożeniach i zwyczajach miejscowej ludności.

Była to relacja z pierwszej ręki prawdziwego praktyka, który dosłownie doświadczył wszystkiego na własnej skórze...

Dodam jeszcze, że tego dnia „rozwiązał się worek” z samochodowymi usterkami.

Wiecie już o uazie. Drugi był Range Rover młodych, którzy wyrwali stabilizator. Potem Piotr zauważył uszkodzenie rury wydechowej w swym Montereyu, a na koniec Franek, stwierdził rozerwanie gumowych osłon przegubów w LR Discovery...

Na wtorek zaplanowany był spływ kajakowy i kiedy ranek powitał nas chmurami, chłodem i deszczem, wielu wątpiło, że do niego dojdzie.

Franek i Piotrek od razu zrezygnowali z powodu (a może pod pretekstem) konieczności naprawy aut. Wyjechali samodzielnie w poszukiwaniu odpowiednich warsztatów.

Reszta w dwóch kolumnach (jedną prowadziła załoga młodych w Range Roverze, którzy uznali, że stabilizator nie jest konieczny, a drugą ja) wyruszyła bocznymi, widokowymi drogami do Stradun, gdzie czekały już kajaki.

Niestety przed opuszczeniem pola biwakowego znów dopadł nas sprzętowy pech.
Najpierw Ziemek odnotował brak płynu hamulcowego i musiał pojechać na stację benzynową, aby kupić zapas.

Potem Darek zawadził gdzieś miską olejową i w jego skodzie (którą miał właśnie wracać szybko do pracy kończąc udział w imprezie) „zrobiła się” wielka dziura w misce olejowej. Doholowałem go do asfaltu, na podwórko Jurka, gdzie zostawiłem zapewniany, że „da sobie radę” (zamówił „holownik” z domu).

W parę chwil później Artur przez CB radio pytał z godnym podziwu spokojem, czy urwanie amortyzatora jest bardzo groźne i czy fakt, że auto „trochę mniej skręca w lewo” jest wielką przeszkodą w dalszej jeździe...

Kiedy dotarliśmy do Stradun pogoda już była piękna – sprawdziło się zapowiadane przez meteorologów przejaśnienie. Nie było więc już oporów; na czterogodzinny spływ po rzece Ełk (do Ełku) ruszyło 11 kajaków.

Reszta pojechała do Ełku na zakupy lub naprawiać sprzęt. Do tej ostatniej grupy dołączył Sławek, ponieważ z jego LR Discovery niebezpiecznie zaczął wyciekać olej...

Po spływie był czas wolny na posiłek, po którym okazało się, że aż pięć samochodów musi w Ełku pozostać dłużej z powodu koniecznych napraw. Reszta dwoma kolumnami pojechała off-roadowo, omijając Ełk, obrzeżami Biebrzańskiego Parku Narodowego i wzdłuż Kanału Augustowskiego, na kolejne miejsce biwakowe nad jezioro Sajno.

Dotarliśmy tam po zmierzchu.

Kiedy rozbiliśmy obozowisko i trwała już „integracja”, zaczęły docierać następne załogi, z których najpóźniej dotarła grupa pod wodzą wyposażonego w terenową nawigację Sławka.

Okazało się, że pomylili nieco drogę i przedzierali się gdzieś nocą przez leśną gęstwinę. Na dodatek Ziemkowi całkowicie padło sprzęgło (tylko na postoju był w stanie wrzucać biegi i startował z rozrusznika), a Sławek stracił napęd na tylną oś...

W środę podzieliliśmy się na trzy grupy.

Ziemek pojechał znów do warsztatu naprawiać sprzęgło. Okazało się, że potrwa to dwa dni, więc nie mógł jechać z nami dalej. Dla towarzystwa zostały z nim załogi Sławka i Artura.

Zdecydowali się biwakować w tym samym miejscu nad jeziorem Sajno.

Z relacji wiem, że nie nudzili się. Nawiązali nawet ciekawą znajomość z Niemcami podróżującymi po Polsce off-roadowym camperem.

Trzy załogi wyruszyły na off-roadowy test na podmokłe łąki nad rzeką Netią i Kanałem Augustowskim. Był to przewidziany przeze mnie „program ekstremalny” dla nie zainteresowanych zwiedzaniem Studzienicznej. To miejsce bowiem było naszym przedpołudniowym celem.

Dotarliśmy do niego z „technicznym”, nie przewidzianym postojem, bowiem Piotrowi zablokował się cylinderek hamulcowy w Montereyu (konieczne było rozkręcenie zacisku i zaklepanie przewodu). Oglądaliśmy tam sanktuarium ze słynną z uzdrawiającej wody studnią, drewniany „chłopski” kościół oraz ciekawą „ścieżkę dydaktyczną” przygotowaną przez leśników.

Potem ruszyliśmy wszyscy w dwóch kolumnach wzdłuż Kanału Augustowskiego nad jezioro Pomorze, gdzie czekało na nas kolejne miejsce biwakowe.

Po drodze zaliczyliśmy jeszcze zwiedzanie śluzy na kanale i krótkie grzybobranie.

Wieczorem znów było ognisko. Wcześniej dzieciaki miały sporą atrakcję, bowiem wspólnie z miejscowymi dziećmi naszej gospodyni (biwak był na prywatnym gruncie) uczestniczyły w wieczornym obrządzaniu konia (karmienie, szczotkowanie itp.).

Wydarzeniem dnia była też budowa własnego wychodka przez trzech panów z naszej grupy. Inżynierska myśl wspięła się tu na wyżyny. Wykonanie niczym jej nie ustępowało, a satysfakcja z użytkowania była oczywiście bezcenna...

Szczyty też osiągnęła tej nocy integracja. Czarek swą grą na gitarze i śpiewem rozruszał wszystkich do niebywałego stopnia. Były więc tańce, biesiadne i turystyczne śpiewy, a przebojem stała się piosenka o krasnoludku, wykonywana wraz ze specjalną choreografią – kolanka ugięte, stopy na zewnątrz, zgięte karki, kciuki do góry i naprzód dookoła obozowiska!

Kolejny, czwartkowy etap naszej wyprawy prowadził do Sejn off-roadową trasą przez Litwę.

Znów podzieleni na trzy grupy (ekstremalną i turystyczną szybką oraz turystyczną wolną) przekroczyliśmy granicę drogą szutrową, lokalnym, zupełnie nie pilnowanym przejściem.

Jechaliśmy przez bardzo rzadko zaludniony teren podglądając życie Litwinów. Niestety nie obyło się bez kolejnej awarii – Daniel zaobserwował wyciek płynu hamulcowego w swoim patrolu. Przy pomocy Franka uporał się z tym jednak błyskawicznie, zamykając dopływ płynu do nieszczelnej części układu śrutem z wiatrówki (człowiek całe życie ma okazję uczyć się różnych sztuczek!)

Kulminacyjnym momentem był przejazd zalanym przesmykiem pomiędzy dwoma jeziorami.

W niższych autach woda sięgała reflektorów, ale wszyscy dali jakoś dali radę i szczęśliwie, w większości przez Ogrodniki („ekstremaliści” pojechali inną, off-roadową trasą) dotarliśmy do Sejn. Tam była przerwa na zwiedzanie i zakupy, a potem ruszyliśmy na kolejny biwak, nad jeziorem Bogsze.

Oczywiście wieczorem znów była solidna porcja integracji, w której uczestniczyły już wszystkie załogi, bowiem wszystkim udało się szczęśliwie dojechać.

Nowością była „gastronomiczna akcja” załogi „młodzieżowego” Range Rovera.

Zaczęła się już rano. Podczas odprawy młodzi oświadczyli, że kończy im się kasa i będą musieli wcześniej wracać do domu. Mają jednak propozycję: ponieważ w ich składzie jest zawodowy kucharz (Maciek), są gotowi przygotować dla wszystkich chętnych schabowego z ziemniakami i surówką na kolację. Koszt 10 zł/porcja.

Oferta spotkała się z żywym zainteresowaniem i już po chwili mieli zamówienia na ponad 20 porcji... Przyznam się, że dało mi to do myślenia, czy czasem na następne wyprawy nie zabierać kucharza, a w ofercie nie składać również propozycji pełnego wyżywienia...

Młodzi doskonale wywiązali się deklaracji. Maciek rozdzielił zadania, dając wszystkim pokaz i szkołę polowej techniki gotowania. Migiem obranych było prawie 10 kg ziemniaków, kotlety rozbito butelką, a zapach smażenia pobudzał apetyty...

Wszystko zostało błyskawicznie zjedzone. Szybko też wypełniła się lista zamówień na następny dzień.

Plan na piątek zakładał zwiedzenie Puńska – stolicy polskich Litwinów.

Potem miało być odrobinę off-roadu po drodze na kolejny biwak, nad jeziorem Szelment Mały. Tam mieliśmy przybyć wcześniej niż w poprzednich dniach, aby trochę poplażować i nacieszyć się ładnym jeziorem z przyjaznym zejściem do wody.

Do pewnego czasu wszystko szło ładnie. Bez kłopotów dotarliśmy do Puńska, trochę go pozwiedzaliśmy, uzupełniliśmy zapasy w sklepach i ruszyliśmy dalej. Wkrótce dotarliśmy do off-roadowego, leśnego odcinka.

Tam było trochę terenowych emocji.

Na poprzecznym mokrym rowie ze stosunkowo stromym podjazdem konieczna była wyciągarka. Potem już gładko pokonywaliśmy bagienka i głębokie koleiny, a nasze buźki rozpromieniały uśmiechy.

Niestety, kiedy wyjechaliśmy na szutrową drogę i zatrzymałem się (wyłączając silnik), aby dołączyła cała kolumna mój jeep odmówił ponownego odpalenia... Przestawił się zapłon!

Po zbiorowym konsylium i kilku nieskutecznych próbach wylądowałem na holu za Montereyem Mirka...

Na biwak nie było, na szczęście, daleko i udało się nam dotrzeć jeszcze przed burzą, która zostawiła nam czas jedynie na krótką kąpiel w jeziorze.

Niestety nic nie wyszło z planowanego plażowania, bo burza przekształciła się w „opady ciągłe”. Obniżyła się też znacznie temperatura i do łask wróciły cieplejsze ubrania.

W tych warunkach „gastronomiczna” załoga Range Rovera miała trudniejsze zadanie z szykowaniem gorącej kolacji.

Chłopaki dali sobie jednak świetnie radę. Rozwiesili plandekę, a pod nią urządzili polową kuchnię i bufet. Tym razem danie było włoskie – makaron z sosem, mięsem, pieczarkami itp.

Ono również (jak poprzednio) szybko znikało ze wszystkich talerzy, miseczek, tacek....

Oczywiście wieczorem nie obyło się bez integracji. Miała ona wyjątkowy nastrój, ponieważ odbyła się w stodole. Wpuściła nas tam pani gospodyni litując się nad „przemokniętymi zmarzlakami”.

Chętni mogli także skorzystać z możliwości spania na sianie.

Sobotni ranek nie dawał nadziei na przejaśnienie.

Sine chmury szczelnie zakrywały całe niebo, mimo silnego wiatru, który starał się je bezskutecznie rozpędzić. Dodatkowo cały czas siąpił deszcz, na szczęście, o zmiennym i raczej słabym natężeniu.

Morale siadało. Rozpoczęły się pierwsze wyjazdy do domów – wcześniej planowane i spontaniczne, usprawiedliwione mokrym ubraniem i małymi dziećmi.

Większość jednak chciała jeszcze zaliczyć zaplanowaną trasę po Suwalskim Parku Krajobrazowym i do słynnych wiaduktów w Stańczykach.

Wszystkie załogi mogły pokonać ją indywidualnie korzystając z rozdanych przeze mnie Przewodników Off-road (zawierają raod-booki, opisy mijanych miejsc i szczegółową mapę).

Ekstremaliści dodatkowo zaplanowali przejechanie tego dnia trasy przewidywanej na niedzielę, przez Góry Sudawskie, korzystając z terenowej nawigacji Czarka (wyposażyłem go w waypointy całej trasy), aby móc wrócić do domu z poczuciem, że przejechali wszystko, co było do przejechania.

Ja próbowałem uruchomić swoje auto. W tym celu młodzi Range Roverem odholowali mnie do Puńska. Tam usiłowałem znaleźć mechanika. Niestety jedyny, miejscowy zaangażowany był w wesele (jak chyba cały Puńsk w ten weekend) i nie było żadnych szans na naprawę.

Wynajęliśmy więc z Grażynką agroturystyczny domek, aby doczekać do końca Wakacyjnej Włóczęgi, a honory i obowiązki organizatora powierzyłem synowi – Michałowi, z dzielnego, „młodzieżowego” Range Rovera nie do zdarcia...

Zdążył on jeszcze objechać całą trasę, a wieczorem zawiózł mnie na biwak.

Tam zastałem już jedynie dwie załogi: Czarka z jeepa i Andrzeja z disco – zdecydowanie największych „twardzieli” tegorocznej imprezy.

Za zgodą gospodyni, sprytnie urządzili się w stodole rozbijając namioty na klepisku.

Andrzej, który miał namiot dachowy, wjechał do stodoły całym samochodem.

Kiedy przybyłem rozpoczynała się właśnie integracja. Miałem więc dobrą okazję, aby przedstawić aktualną sytuację i uzgodnić plany na następny dzień. Przekazałem informacje uzyskane telefonicznie od Artura (jednego z „ekstremalistów”), że po opadach i nocnej wichurze wyznaczona przeze mnie trasa przez Góry Sudawskie jest bardzo ciężka. Co prawda, pokonali ją w całości i mieli dużo frajdy, ale też bardzo się napracowali... Artur całkowicie odradzał jazdę tam fabrycznym autem, a zwłaszcza mocno dociążoną dyskoteką Andrzeja.

Biorąc to pod uwagę, a także fakt, że ja mam niesprawne auto, ustaliliśmy - patrząc w mapę na nawigacyjnym komputerze – łatwiejsze objazdy trudnych odcinków oraz, że w nawigowaniu zastąpi mnie Czarek z jeepa. Jednocześnie mój syn został „zwolniony”, by mógł pojechać do domu po drugi nasz samochód (Grand Cherokee) i lawetę, potrzebne do mojej „ewakuacji” z Puńska.

Umówiliśmy się jeszcze na spotkanie w Puńsku następnego dnia. Po tym zostałem odwieziony do wynajmowanego domku.

W niedzielę rano zadzwonił do mnie Czarek z forda explorera.

Okazało się że na trasie przez Góry Sudawskie „zmielił” reduktor i właśnie także czaka na lawetę, aby wrócić do domu. Tą informacją zamknął się niechlubny bilans sprzętowych strat... Tak pechowej imprezy, pod tym względem, jeszcze nigdy nie miałem...

Po południu, zgodnie z umową do Puńska przejechali Andrzej i Czarek z załogami. Byliśmy akurat z Grażynką na spacerze w pobliskim skansenie. Tam też nastąpiły pożegnalne uściski i zrobiliśmy ostatnie zdjęcia z Wielkiej Włóczęgi 2011.

Obiecałem też napisać, że załogi Andrzeja (LR Discovery) i Czarka (Jeep Cherokee) okazały się największymi twardzielami. Piszę więc to bez przymusu i szczerze.

Dodam też, że było mi niezmiernie miło gościć wszystkich uczestników. Stanowiliście wspaniałą, dzielną, pozytywnie zakręconą i niezwykle towarzyską grupę, z którą nie obawiałbym się pojechać nawet na koniec świata.

Mam nadzieję, że jeszcze nie raz zagościcie na imprezach PolskiegoOffroadu. Już teraz zapraszam na przyszłoroczną Wakacyjna Włóczęgę, którą planujemy w podobnym terminie na Pojezierzu Drawskim.

Wojtek Bednarczyk

I jeszcze odrobina statystyki:

Zapraszamy do obejrzenia filmów i zdjęć.

Zdjęcia Ani Dołowy:

Zdjęcia Czarka Kryczki:

 

Zdjęcia Czarka Łukaszeiwcza:

 

Zdjęcia Farała Honorkowskiego:

 

 

Zdjęcia organizatora: