kontakt

Sprawozdanie z imprezy

Ekspedycja Struma

Serbia, Bułgaria, Grecja, 14-20.08.2011

Bałkański biegun gorąca czyli ekspedycja STRUMA 2011


W sierpniu Nisz rozpływa się w upale, leniwe koty wylegują się w cieniu starych, zaniedbanych kamienic, na których ktoś porozklejał plakaty z lokalnymi gwiazdami turbo-folku. Centrum wypełnione knajpkami i zapachem balkavy przywitało nas bałkańskim jazzem granym na żywo w średniowiecznej twierdzy nad Niszawą.

Mimo tej rozleniwiającej atmosfery niedzielnym rankiem ruszyliśmy w kierunku masywu Suva Planina, górującego nie tylko nad miastem ale całą doliną.

Pierwsze kilometry upłynęły nam na jeździe po szutrach i w terenie, wypatrywanie ciepłolubnych żółwi lądowych i przerwie w lokalnym bistro z aromatyczną, turecką kawą. Popołudniem dotarliśmy nad jezioro, z okolicy którego pochodzi popularna w Serbii woda mineralna Rosa. Ciepły wieczór pozwolił na kąpiele i długie rozmowy przy ognisku – na tyle długie, że mieliśmy problem z porannym wstawaniem.

Góry na serbsko – bułgarskim pograniczu przypominają Wschodnie Karpaty - bezkresne połoniny, porośnięte ziołami. Najwyższy szczyt ma jednak ponad 1900 m n.p.m. dzięki czemu mimo ostrego słońca nadal panował przyjemny chłód. Leniwie ale wytrwale kierowaliśmy się na wschód, by późnym wieczorem przekroczyć granicę z Bułgarią. Słońce powoli chowało się za Krivą Feję, a my utknęliśmy na punkcie granicznym – znajomy strażnik koniecznie chciał się pochwalić zdjęciami z off-roadowej eskapady minionego weekendu. Podziwiając jego zmotanego uaza umawialiśmy się na kolejne spotkanie: „ako ziwi i zdrawi” – czyli w bałkańsko bliżej nieokreślonej przyszłości.

Kolejne dni kierowaliśmy się na południowy wschód – nie mogło zabraknąć przygód z dziurą w oponie Patrola, grillowanych pstrągów u lokalnego rybara i zwiedzania małych, zapomnianych przez świat wiosek – pełnych uśmiechniętych ludzi i uroczych cerkiewek. Popołudniem, po raz kolejny przekroczyliśmy Strumę by krętą drogą dotrzeć do jednego z najpiękniejszych monastyrów nie tylko w Bułgarii ale na całych Bałkanach. Ukryty głęboko w dolinie, założony przez świętego Ivana, Rilski Monastyr robi ogromne wrażenie. Nic dziwnego, że znajduje się na liście UNESCO. Po raz kolejny mamy szczęście – jest wieczór, garstka wiernych i niewielu turystów, a gigantyczny klasztorny dziedziniec wypełniają ciche śpiewy mnichów.

Kolejnego dnia, mimo usilnych próśb Jacka o przejazd brodem przekroczyliśmy Strumę mostem. Jej zbocza są momentami niemal pionowe, a pozornie płytka woda skrywa w sobie różne niespodzianki. Nie zabrakło nam za to kamienistych zjazdów i podjazdów, na których tempo spadało do 5-10 km/h i uwaga wszystkich skupiała się tylko na obserwowaniu prześwitów. Upał dawał się we znaki z każdym przejechanym w dół kilometrem. Marzyliśmy o plaży nad morzem trackim, tymczasem przed nami były jeszcze przynajmniej trzy bałkańskie pasma: Pirin, Slavianka i Volkas.

Melnik to bułgarski „biegun gorąca” – najmniejsze miasto w Bułgarii, ukryte jest miedzy piaskowymi formacjami przypominającymi piramidy. Po zadomowieniu się w chłodnym, przyjemnym hotelu wieczór był najodpowiedniejszą porą na degustacje sławnego, melnickiego wina. Poranek zachęcał do eksploracji okolicy, a skąpane w słońcu domy, ogrody i piaskowe piramidy zdawały się tworzyć panoramę jak z pocztówek. Zasiedziałam się na dziedzińcu najstarszego domu w miasteczku, tymczasem coraz mocniejsze promienie słońca przypomniały mi, że trzeba ruszać w dalszą drogę. Krótki postój przy monastyrze, śliski zjazd w dolinę i byliśmy w Katunsti – małej miejscowości, w której bardziej niż Bułgarię czuje się już Grecję. Popołudniem przekroczyliśmy przełęcz w Slaviance, by zatrzymać się na nocleg w dawnej kopalni marmuru zamienionej na ośrodek wypoczynkowy, z turkusowymi jeziorkami powstałymi przez zalanie nieczynnego wyrobiska.

W sobotę byliśmy już w Grecji i choć od morza dzieliło nas jedynie 80 km wybraliśmy alternatywną drogę przez skaliste, marmurowe góry Volkas. Udało nam się wjechać do czynnej kopalni marmuru, gdzie dzieciaki wybierały do swoich kolekcji najbielsze kostki skalne. Trawersując w kierunku doliny Strumy mijaliśmy pasterzy i zbieraczy ziół, a w sennym miasteczku zjedliśmy prawdziwą sałatkę choriatiki i typowego greckiego gyrosa. W tej sielankowej scenerii, pędząc po szutrach w stronę nadmorskiego Amfipolis Toyota zakopała się w grząskim błocie, wyjechaniu z którego nie sprzyjała jej ponad 3 tonowa waga. Dzięki pomocy Adama i silnej „plażowej” motywacji akcja ratunkowa nie trwała długo. W ciągu następnych kilkudziesięciu minut zobaczyliśmy deltę Strumy, a nad nią wykopaliska starożytnego miasta, strzeżonego przez słynnego lwa z Amfipoli. Najważniejsze jednak, że dotarliśmy do celu wyprawy – piaszczystej plaży nad morzem trackim, a pogoda była iście śródziemnomorska. Zatem zgodnie z planem, po 7 dniach jazdy off roadowa przygoda ustąpiła miejsca plaży, słońcu i pysznej greckiej kuchni…

Natasza Styczyńska
www.balkan4x4.pl

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć