kontakt

Sprawozdanie z imprezy

Jesienna Włóczęga

Mazury i Suwalszczyzna (baza w Ełku)
10 - 13 listopada 2011 (od czwartku do niedzieli)

Program imprezy został tak zaplanowany, aby satysfakcję mieli zarówno zwolennicy mocniejszych, terenowych wrażeń , jak i miłośnicy off-roadowej turystyki.

Naszą bazą był Hotel Rydzewski w Ełku, w którym korzystaliśmy z komfortowych pokoi i smacznego jedzenia.

Rozpoczęliśmy "mocno" od integracyjnej biesiady w hotelowej restauracji. Podczas niej szybko wyszły na jaw priorytety uczestników. Były nimi wypoczynek i zabawa...

Zrezygnowaliśmy więc z zaplanowanej na piątek pobudki "o świcie" i udziału w rajdowej rywalizacji przygotowanej przez kolegów z suwalskiego stowarzyszenia "Motokart". Do na ten rajd, co prawda, ale dopiero w południe i bardziej w charakterze kibiców niż uczestników. Kilka załóg miało jednak okazję wypróbować swoje siły w dwóch "czasówkach" z dość stromymi podjazdami i zjazdami. Bezkonkurencyjny okazał się na nich Dawid Zawadzki, w Suzuki Jimmy, który potwierdził znaną powszechnie zasadę, że nie liczy się wielkość a technika (miał najmniejsze autko).

Potem pojechaliśmy do Suwalskiego Parku Krajobrazowego, gdzie uczestnicy "zaliczyli" samodzielna jazdę według road-booka, w przepięknym krajobrazie. Tam zastał nas zachód słońca i powrót do hotelu odbył się po ciemku.

Przed snem znów była integracja w hotelowej restauracji. Główną rolę odegrał w niej Michał Rapacki, który, jak zwykle zabawiał wszystkich wspaniale opowiadanymi dowcipami.

W sobotę nasz program zakładał off-roadowy przejazd do gospodarstwa agroturystycznego Świteź Mazurska na obiad z dziczyzny. Wszystko szło dobrze, jednak w ostatniej części trudne przeszkody zmusiły nas do znacznego skrócenia trasy. Mimo to Dawid Zawadzki znów pokazał klasę, jako jedyny pokonując najtrudniejszy odcinek.

Myślę, że nie skłamię jak napiszę, że obiad smakował wszystkim. Widziałem, że nawet osoby, które wcześniej deklarowały niechęć do dziczyzny, pałaszowały wszystko równo...

Po obiedzie, nasz gospodarz - Jurek Krajewski - zabrał nas na małe "safari". Celem było bagienne rozlewisko, gdzie usiłowaliśmy podglądać i podsłuchiwać bobry. Po drodze niektórzy mieli okazję porównać sprawność swoich wypasionych bryk z dzielnością starego uaza gospodarza... Najgorzej w tym nie wypadliśmy, choć niestety uaz był chyba górą...

Znów do hotelu wracaliśmy po ciemku. Czekały tam na nas jeszcze dwie atrakcje: kabaretowy występ Jerzego Kryszaka i... kolejna biesiada integracyjna.

Z jej powodu niedzielny ranek nie dla wszystkich był radosny i rześki. Na szczęście wiele energii miała młodzież, która dzielnie wspierała rodziców podczas ostatniego punktu programu naszej imprezy - mini zawodów w hotelowej kręgielni.

Po nim były już z tylko pożegnania... Niestety nawet długi weekend szybko się kończy.

Wojciech Bednarczyk

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć.