kontakt

Sprawozdanie z wyprawy

Gruzja - daleki kraj bliskich przyjaciół

30 czerwca - 11 lipca 2013 (10 dni w Gruzji)

Niewiele jest miejsc na świecie, gdzie Polacy są tak serdecznie przyjmowani jak w Gruzji. Trudno jednoznacznie powiedzieć dlaczego. Może nasze narody zbliżają chrześcijańskie korzenie? A może podobna, długa i ciężka walka o niepodległość?

Na pewno Gruzini pamiętają piękny gest Piłsudskiego, który przygarnął oficerów z gruzińskiej armii rozbitej przez bolszewików. Cenią też zdecydowane poparcie Gruzji i działania Lecha Kaczyńskiego w czasie ostatniego konfliktu z Rosją...

Ale zostawmy przyczyny. Fakty są takie, że już sama gościnność Gruzinów jest wystarczającym powodem, aby wszyscy Polacy chcieli tam pojechać. Kiedy dołożyć do tego wspaniałą przyrodę, kulturę i unikalne zabytki, to wyprawa tam staje się niemal obowiązkiem...
Poniżej publikujemy sprawozdanie, zdjęcia i film z naszej wyprawy, przysłane przez Marcina Koguta z firmy AD ORIENTEM - pasjonata i znawcę Gruzji, którego mieliśmy szczęście skutecznie namówić do organizowania wypraw dla PolskiegoOffroadu.

Mam nadzieję, że uczestnikom przywołają miłe wspomnienia, a pozostałych zachęcą do do udziału w następnej naszej wyprawie...

Serdecznie pozdrawiam - Wojtek Bednarczyk

--------------------------

Gruzja off road 2013 czyli w dalekim kraju bliskich przyjaciół

W teren wyruszyliśmy po jednodniowej aklimatyzacji w Tbilisi i zwiedzeniu miasta.

Sznurem naszych pięciu terenówek przebiliśmy się przez „specyficzny” ruch w stolicy Gruzji, gdzie miejscowi kierowcy są w stanie zrobić z trzech pasów w jedną stronę nawet pięć i to bez specjalnego wysiłku oraz wepchnąć się tam, gdzie nikt inny by nie wjechał.

Dotarliśmy do Mcchety, prastarej stolicy, a jej zwiedzanie rozpoczęliśmy od wzgórza Dżwari i zwiedzenia cerkwi z VI wieku.

Potem już centrum miasta z katedrą Sweti Cchoweli i klasztorem Samtawro.

Drobny posiłek w barze w centrum i ruszamy na Gruzińską Drogę Wojenną. Drogą tą wspinamy się coraz wyżej, a naszym oczom ukazują się zapierające dech w piersiach widoki!

Stajemy w punkcie widokowym przed Przełęczą Krzyżową i robimy szybkie zdjęcia korzystając z ostatnich promieni słońca. Jednocześnie przeżywamy szok termiczny – temperatura jest dużo niższa niż w rozpalonym do czerwoności słońcem Tbilisi!

Po chwili osiągamy przełęcz (niespełna 2400 m n.p.m.), czyli prawie jakbyśmy wjechali autem na nasze Rysy. Droga nie wszędzie jest w dobrym stanie, a w okolicach przełęczy prowadzone są intensywne prace remontowe. Jakby nie patrzeć, jest to droga międzynarodowa, choć zupełnie takiej nie przypomina – ok. 20 km za miasteczkiem Stepancminda jest już Rosja.

Docieramy do domu Mai – naszej gospodyni przez najbliższe dwa dni. Stół już ugina się od jedzenia! A to dopiero początek. Maia cały czas przynosi kolejne talerze. Do tego także karafkę czaczy - gruzińskiego samogonu, którego będziemy mieli okazję jeszcze nie raz popróbować.

Po intensywnym dniu czas na spoczynek. Rano, po równie sutym śniadaniu, ruszamy na objazd okolicy: wspinamy się na wzgórze Gergeti z monastyrem Cminda Sameba – chyba najbardziej rozpoznawalnym z pocztówek i fotografii miejscem w Gruzji. Następnie oglądamy wodospad Gweleti i okolice przejścia granicznego z Rosją, wraz z siedzibą Patriarchy Gruzji.

Następnie udajemy się do Juty, tu już nieco trudniejszą drogą, ale za to jeszcze bardziej widokową!

Na miejscu trzeba się wspiąć do zlokalizowanego na górze campingu, w którym znajduje się też bar, gdzie czeka już na nas zamówiony wcześniej posiłek. W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze wieżę w Sno oraz źródła wody mineralnej koło Stepacmindy i przyjeżdżamy do Mai, gdzie znów czeka na nas obficie zastawiony stół.

Rano wyruszamy w dół GDW, po drodze zwiedzając jeszcze twierdzę Anananuri i przez Akhmetę, z przygodami (wymiana koła) docieramy do Telavi.

Miasto – stolica regionu Kachetia jest pięknie odnowione w wyniku przeprowadzonego tam kompleksowego remontu. Przez to, że złapaliśmy po drodze „kapcia”, a z kół dwóch innych pojazdów także schodzi powietrze, musimy bliżej zaznajomić się z tutejszym wulkanizatorem, który po naprawieniu defektów podarowuje nam jeszcze… butelkę domowej czaczy!

Wyruszamy po śniadaniu i odprawie. Trzeba pamiętać, że ruszmy na jedną z najniebezpieczniejszych dróg w Europie, na której często leżą wraki pojazdów, którym nie udało się pokonać tej drogi.

Stopniowo pniemy się pod górę, droga robi się coraz bardziej wąska, poprowadzona jest wykutą w skale półką. Zbudowano ją dopiero w latach 70-tych XX wieku. Adrenalina rośnie.

Niedogodności związane z drogą wynagradzają nam coraz piękniejsze widoki. Niestety sama przełęcz Abano (prawie 2900 m n.p.m.) pogrążona jest w chmurach.

Docieramy do kwatery pod Omalo i relaksujemy się po trudnej drodze.

Nazajutrz wyruszamy w kierunku wsi Dartlo. Zanim jednak tam pojedziemy zatrzymujemy się w Keselo – skupisku wież mieszkalno-obronnych w rejonie Omalo. Tworzą one swoistą twierdzę na wzgórzu.

Wieża mieszkalno-obronne, to budowla charakterystyczna dla całego Kaukazu. W dawnych czasach służyły one do obrony w chwilach zagrożenia najazdami, bądź waśniami klanowymi. Niektóre z nich mają nawet po 800 – 1000 lat!

Następnie docieramy do Dartlo - także wąską górską drogą, na której z trudem mogą minąć się dwa samochody, ale z widokami niewątpliwie niezapomnianymi.

W Dartlo czas na odpoczynek i rozejrzenie się po wiosce i ruszamy dalej. Przed Czeszo forsujemy kolejną, tym razem rwącą i wezbraną rzekę.

Okazuje się, że straciliśmy po jednej tablicy rejestracyjnej z dwóch samochodów. Jest to spory problem, ale zajmiemy się nim dopiero po powrocie z gór.

Za Parsmą kolejna rzeka, jeszcze większa, nie pozwala nam jechać dalej, zresztą jest już późno. Zawracamy wiec do Omalo. A tam już czeka na nas świeża baranina, z której własnoręcznie robimy szaszłyki i pieczemy nad ogniem.

Kolejny dzień i kolejna dolinka do „zrobienia”. Tym razem udajemy się w kierunku Verhovani.

Droga jest dużo gorsza, w trzech miejscach auta trzeba ostrożnie przeprowadzić z uwagi na powstałe osuwiska.

Verhovani to cudowne miejsce na końcu świata, gdzie można zapomnieć o wszystkim, co zostawiliśmy za sobą i nic nas nie dogoni, gdyż zasięgu gsm oczywiście tam nie ma.

Powrót do Omalo idzie nam znacznie sprawniej niż jazda w przeciwną stronę. Trzeba wypocząć, bo na drugi dzień czeka nas droga w dół, do Kachetii.

Nazajutrz, przez znów zachmurzoną przełęcz Abano docieramy do Telavi, a potem do Kwarelii, gdzie po zakwaterowaniu, specjalnie wynajętym busem jedziemy do Veliscyhe, gdzie oczekują nas już w jednej z winiarni z suto zastawionym stołem i regionalną muzyką na żywo.

Toastom wznoszonym wyśmienitym gruzińskim winem nie ma końca, stół ugina się od potraw, a cały czas donoszone są nowe.

Gruzińskie toasty mają to do siebie, że wznosi je zwykle tamada, który jest swego rodzaju szefem imprezy. Po wygłoszeniu toastu szklankę z winem opróżnia się do dna. A do tego wspaniała gruzińska ludowa muzyka! Supra trwała długo w noc i była bardzo udana, nawet jeśli nie wszyscy pamiętają powrót na kwaterę.

Po niezbyt wczesnym śniadaniu jedziemy wypocząć nad pobliskie jezioro, równocześnie załatwiając formalności na policji związane ze zgubieniem tablic – jazda bez choćby jednej rejestracji jest w Gruzji poważnym wykroczeniem.

Grupa w tym czasie przenosi się do twierdzy Gremi, po której zwiedzeniu, zasiada na nieśpieszny obiad w pobliskiej restauracji. W tym czasie udaje się wreszcie załatwić wszystkie formalności i możemy jechać dalej – do Sighnagi.

Jest to urokliwe miasteczko bardzo malowniczo położone we wschodniej części kraju, jako pierwsze w Gruzji poddane kompleksowej renowacji.

I znów na kwaterze u Gurama i Manany stół ugina się od pyszności, a gospodyni pilnuje, aby nikt nie miał pustego talerza.

Nazajutrz, po zakupie u znajomego Gurama zapasu przedniej czaczy do zabrania do Polski, udajemy się w dalszą, niestety już końcową drogę. Zwiedzamy wykuty w skałach monastyr Dawid Garedża na granicy gruzińsko-azerskiej i udajemy się w powrotną drogę do Tbilisi.

Jednak w międzyczasie odwiedzamy jeszcze polską restaurację pośrodku niczego – „Oaza” w Udabno, po drodze do Dawid Garedża. Sam pomysł na ten bar jest niesamowity! W na wpół wymarłej wiosce, przy drodze stoi obielony budynek, a w nim wspaniałe gruzińskie jedzenie serwowane przez dwójkę Polaków i ich gruzińskich pomocników. Ser sulguni z miętą na przystawkę to strzał w dziesiątkę!

My tymczasem, w trochę już smutnych nastrojach, bo wycieczka zbliża się do końca, przeciskamy się przez zatłoczone ulice Tbilisi. Mycie, tankowanie i zdanie pojazdów, a na koniec pożegnalna kolacja w restauracji w centrum miasta.

Jeszcze raz wspaniałe gruzińskie jedzenie i liczne toasty. Powrót taksówkami do hostelu, pakowanie i dalsze nocne Polaków rozmowy w ogrodzie, prawie do trzeciej nad ranem.

Wspaniałe wrażenia jakich dostarczył ten wyjazd sprawią, mam nadzieję, że niedługo znów spotkamy się w Gruzji.

Marcin Kogut

Zapraszamy do obejrzenia filmu i zdjęć.